Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 22

N U M E R  2 3  -   G R U D Z I E Ń   2 0 0 6 r.

 

 

Fryderyk von Holstein-Beck
Tarnowskie Góry, miasto inteligencji w 19 wieku
Florian i Oscar
Ślubowanie Burmistrza Miasta
Adwentowe tętno
Bombowe ozdoby choinkowe
Sanatorium podziemne pod Tarnowskimi Górami?
Jak obchodzono jubileusz 50-lecia Bractwa Strzeleckiego...?
W kuchennej izbie
Triumfalny pochód czerwonych autobusów
Czym na Śląsku płacono przed dwoma wiekami
Święty Jan Nepomucen na Ziemi Tarnogórskiej
Ksiądz Franciszek Blachnicki
Z opłatkiem u Serdecznych
Stan strachu
Na krańcach ziemi
Tarnogórski wiersz Goethego, czyli wiele hałasu o coś
Tarnogórzanie dla pamięci
Pierwsi polscy radni miejscy
Paweł Waloszczyk
 

 

Na krańcach ziemi

Koła powozu zaskrzypiały przeraźliwie, a ten wysoki pisk kręcących się opornie osi rychło zamienił się w żałosny zgrzyt metalu i drewna. W chwili, gdy ucichły jakiekolwiek odgłosy toczących się kół, powozem szarpnęło, konie zaparły się kopytami w grunt drogi, ale nie dały rady ruszyć do przodu. Wóz zatrzymał się.


Pamiątkowa karta pocztowa nawiązująca do pobytu w Tarnowskich Górach Goethego. Własność Sklep „Kolekcjoner” w: Historia Tarnowskich Gór, Muzeum w Tarnowskich Górach, Tarnowskie Góry 2000

Jan Wolfgang, którego niespodziewane dźwięki i nagły bezruch, który nastał po kołyszącej monotonii jazdy, wybudziły z krótkiej drzemki, w jaką zapadł zaraz po wyjeździe z uliczek Tarnowskich Gór, przeraził się na dobre. W panicznym geście zasłonił rękami głowę, kolana uniósł do góry i skulił się na siedzeniu jakby powóz za chwilę miał rozpaść się, a ona sam wypaść na zewnątrz. Przypomniały mu te odgłosy dźwięki, jakie towarzyszyły wywrotce wozu, w którym w młodości pędził zbyt szybko ulicami Frankfurtu. Przypłacił tamten wypadek silnym krwotokiem i długim kurowaniem się w łożu. Po chwili jednak, dostrzegając panujący bezruch, wyjrzał niespokojnie na zewnątrz. Przez małe przeszklone okienko drzwi dyliżansu nie zdołał wiele dostrzec. Dlatego szarpnął klamkę i uchylił drzwi na oścież.

Wysunął głowę i spostrzegł konie niespokojnie przebierające kopytami w miejscu. Po krótkiej jeździe jeszcze nie były na tyle zmęczone, żeby szukać odpoczynku. Woźnica i jego pomocnik niecierpliwie pochylali się nad przednim kołem. – Co się stało?- zawołał do nich Jan Wolfgang.

- Ośka nie wytrzymała tych wertepów, trzeba będzie wymienić, a dopiero trochę ujechaliśmy drogi – odparł starszy woźnica, na którego wszyscy w świcie księcia wołali Maks. Jego nieco młodszy pomocnik zwany Francem z przepraszającym uśmiechem na twarzy przytakiwał słowom swojego pana.

- Trzeba wysiąść z powozu, bo go będziemy dźwigać – krzyknął Maks.

- Co z bagażami? – zaniepokoił się Jan Wolfgang i z przerażeniem spojrzał na tył powozu, gdzie na półce spoczywały liczne kufry z minerałami zebranymi podczas podróży i waliza z jego ubiorami i rzeczami osobistymi.

- Kufry mogą zostać – pocieszył go woźnica.

Jan Wolfgang nałożył na głowę trójgraniasty kapelusz i wysiadł z powozu. Miał pecha, bo nie zauważył kałuży, która rozciągała się w pobliżu wozu, i wdepnął świeżo wyglansowanymi butami z wysokimi cholewami do mętnej burej wody wypełniającej zagłębienie na polnej drodze. Szybko wyskoczył z kałuży ochlapując sobie przy okazji spodnie i kaftan. – Do pioruna! – zaklął. Szybko otrzepał ubiór z brudnych mokrych plam i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że zaklął prawie tak samo jak ci prości kuźnicy i gwarkowie wytapiający żelazo z rudy na podtarnogórskich polach. Z wstydem pomyślał o tym, jak szybko pozbył się dworskich manier podczas tej podróży po krańcach królestwa pruskiego.

Po opuszczeniu powozu Jan Wolfgang rozejrzał się wokół. Stali pośrodku brązowawej drogi na jakimś wzniesieniu górującym nad Tarnowskimi Górami. Za plecami w dolinie rozciągały się zabudowania mieściny, w której Jan Wolfgang wraz ze świtą książęcą spędził ostatnie dni. Jeszcze nie minęła mu złość spowodowana wdepnięciem w kałużę, dlatego z lekkim grymasem niesmaku spojrzał na wieże kościołów górujące nad spadzistymi dachami kamienic. Częściowo budowle Tarnowskich Gór zasłonięte były przez wał faszyny i jedną z trzech bram wjazdowych do miasta. Widok mąciły też liczne mgiełki i szare chmury wiszące na niebie.

Jan Wolfgang usiłował odnaleźć wzrokiem dworek, w którym spędził parę ostatnich nocy. Mimo usilnych starań nie dostrzegł niziutkiego budynku ze stromym dachem i oknami na poddaszu, bo zasłaniały go masywniejsze budowle szkół i świątyń. Właściwie to ten mieszczański ledwo jednopiętrowy domek ze spadzistym dachem, w którym piętro przypominało pokoje na poddaszu rodzinnego budynku Jana Wolfganga we Frankfurcie, podobny był do wiejskiej chaty. Zresztą większość budynków w odczuciu Jana Wolfganga przypominała bardziej wiejskie murowane stodoły niż porządne miejskie budowle. Nawet przesławne tarnogórskie kamienice z podcieniami nie mogły równać się z reprezentacyjnymi budynkami wielkich miast w Rzeszy czy we Włoszech. Dlatego Jana Wolfganga od początku pobytu w Tarnowskich Górach śmieszyły przechwałki miejscowych na temat zabudowy tej mieściny. Zresztą nie tylko to. Była bowiem w odczuciu Jana Wolfganga ta mieścina mocno opóźniona w szkolnictwie, a wiedza o teatrze mieszczan brała się z obejrzenia kilku przedstawień objazdowej trupy kuglarzy. Niewiele lepiej było ze znajomością dzieł filozofów czy najnowszej literatury. Mimo woli znowu pomyślał Jan Wolfgang o minionej nocy i kobiecie, która towarzyszyła mu do białego rana.

Początkowo ta dość urodziwa dama, jakaś narzeczona tutejszego radcy górniczego, tego który był w grupie oprowadzających świtę księcia po kopalni Fryderyka, wzbudziła nawet zainteresowanie Jana Wolfganga. Poznali się wieczorem na suto zakrapianej winem kolacji w budynku starostwa. Nazywała się Henrietta. To imię zaskoczyło Jana Wolfganga swoim na poły francuskim brzmieniem, ale zagadka szybko wyjaśniła się. Jej ojciec był Francuzem zamieszkałym w Tarnowskich Górach. W dodatku człowiekiem dość majętnym i chwalącym się pochodzeniem od najlepszej szlachty. Zatrudniony w kopalni Fryderyk odróżniał się od reszty górniczej kadry zapędami poezjotwórczymi. Tenże Filip Boscamp zamęczał Jana Wolfganga podczas kolacji recytowaniem swoich przydługawych poematów, które wyróżniały się wyłącznie prostymi rymami i opisami pracy gwarków. Mocno znużony zwiedzaniem kopalni Jan Wolfgang zdawkowo pochwalił rymopisarstwo Boscampa.

I to chyba sprawiło, że Henrietta tak nachalnie zaczęła zagadywać gościa. Wypytywała go o nowinki ze świata. O to co Jan Wolfgang obecnie pisze. Gdy usłyszała, że po ostatniej podróży do Wenecji napisał cykl epigramów włoskich, rozanielona szczebiotała o swoim umiłowaniu włoskiej poezji mistrzów Renesansu. Mocno znudzony Jan Wolfgang zainteresował się dopiero rozmową z Henriettą, gdy ta zapytała go o „Cierpienia młodego W”. Chyba tylko z miłości własnej, a i z powodu ciekawości wsłuchiwał się w zachwyty swoim młodzieńczym dziełem.

Nie przypuszczał Jan Wolfgang, że po kilkunastu latach może jeszcze kogoś fascynować jego miłosna opowieść o żałosnym samobójcy. Sam już od dawna uznał miłość za siłę niszczącą człowieka. I wcale nie było mu w głowie naśladować ani nikogo namawiać do pójścia w ślady nieszczęsnego kochanka. Tymczasem ta młoda osóbka o niewinnych różowych usteczkach, oczach jak fiołki, kręconych jasnych włosach aż piała z zachwytu nad głębią miłości.

- Chciałabym spotkać w życiu kogoś, kto pokochałby mnie tak mocno, że gotów byłby umrzeć z tego powodu – rozmarzyła się Henrietta.

- Śliczna panienko, trudno ci będzie kogoś takiego znaleźć w tej krainie górniczego trudu i ludzi myślących konkretnie, gdzie w cenie są skarby wydobywane z trzewi ziemi i wszystko to co temu służy. Sądzę nawet, że otaczający cię młodzieńcy bardziej uwielbiają oglądać maszynę ogniową odwadniającą złoża kruszców niż twoją ponętną kibić – zbił ją Jan Wolfgang nieco żartobliwie z tropu.

Ale żartobliwy ton poety jeszcze bardziej rozochocił panienkę do poważnych rozmów. Wydęła zalotnie usta, nabrała powietrza w płuca i z falujących nerwowo piersi wyrzuciła cały potok słów. Mówiła tak szybko, że sam Jan Wolfgang ledwo nadążał za tokiem jej myśli.

- To właśnie wśród ludzi prostych można znaleźć najszczerszych miłośników. Nie są oni jak dworacy zmanierowani sztuką i wykwintnością życia. Prosty wieśniak czy gwarek mocniej potrafi pokochać, dlatego zamiast zachwycać się wyrafinowanymi grami miłosnymi powinieneś panie więcej uwagi zwrócić na tychże zwykłych ludzi – urwała nagle i łapczywie łykała powietrze ustami.
Jan Wolfgang żachnął się gwałtownie. Lekko uniósł na rzeźbionym krześle i opadając nań łokciem potrącił szklanicę z piwem. Spieniony płyn rozlał się po stole, mocząc obrus. Prawie natychmiast podbiegł jakiś sługa i aksamitną ścierką przetarł blat, a na plamę narzucił małą haftowaną serwetkę. – Pardon – wybąkał Jan Wolfgang. Sam nie wiedział, dlaczego odezwał się po francusku. Może chciał być bardziej elegancki. Kiedy zaczął mówić, Henrietta była już spokojna i z zaciekawieniem wsłuchiwała się w jego słowa.

- Ja wybrałem zwykłą robotnicę z manufaktury za towarzyszkę życia, dlatego nie wierz panienko w literaturę, bo to są piękne słowa i marzenia o szczytnych ideałach przelane na papier – odparł po cichu. Nawet nie był pewien czy w gwarze panującym w biesiadnej sali dobrze go usłyszała. Sięgnął po kielich i pociągnął spory łyk wina, chłodząc rozpalone gardło i nawilżając wysuszone usta. W tej samej chwili pomyślał o swojej o wiele lat młodszej od niego Christine, zwykłej robotnicy z wytwórni kwiatów, z którą był już prawie dwa lata. To nic, że odrzucili ją mieszczanie i dworacy, nawet rodzina, kiedy właśnie ją sobie upodobał i nie zamierzał z nią rozstawać. Ale czy warto o tym opowiadać tej panience z mieściny na krańcach królestwa. Czy jest w stanie zrozumieć jego wybór, skoro tak bardzo wierzy w miłość. A przecież jego to uczucie po wielokroć zawiodło na manowce.

Już w dzieciństwie zawiódł się na ukochanej Małgorzacie. Poświęcił się dla niej zeznając przed sądem i ratując przed skazaniem, a ta przyznała, iż zawsze traktowała go jak dzieciaka i pozwalała sobie jedynie pocałować go w czoło. A ta Aneta, dla której napisał pierwsze miłosne wiersze. Dla niej też niewiele znaczył. A potem miłość do Charlotty, którą nakłaniał do zerwania z dotychczasowym narzeczonym. Bezskutecznie aż tak, że w końcu kupił im ślubne obrączki i był świadkiem na ich ślubie. To tę historie opisał w „Cierpieniach młodego W”, a samobójcę kochanka odwzorował z postaci przyjaciela, który targnął się na swoje życie z niejasnych powodów. Może cierpiał na jakąś dziwną chorobliwą melancholię. I potem zdziwiony dowiadywał się, jak wielu młodzieńców po przeczytaniu jego miłosnej opowieści poszło w ślady samobójców. Ilu ubierało granatowy frak ze złotymi guzami, żółtą kamizelkę i buty z cholewami, do tego nosząc długie rozwichrzone włosy. Mimo woli uśmiechnął się Jan Wolfgang do swoich myśli, bo sam tak chodził odziany. Ale z tego stroju teraz, po latach, nosił tylko buty z cholewami i długie już posiwiałe włosy.

- Nie drwij już tak o panie. Nie kpij z naiwnej panny! – krzyk Henrietty wyrwał go z zamyślenia.

- To nie tak jak myślisz panienko- usprawiedliwił się, trzepocąc gwałtownie dłońmi.

Dostrzegł, że kolacja dobiegała już końca. Większość gości wstawała od stołu i zmierzała do wyjścia. Na dworze zapadał już mrok i służący wnieśli do sali świeczniki z zapalonymi świecami. Dodatkowo we wnęki w ścianach wsuwali rozpalone łuczywa.
Jan Wolfgang uniósł się znad stołu. Skłonił lekko głowę w stronę swojej rozmówczyni i zamierzał opuścić biesiadną salę. Wtem podbiegł do niego Filip Boscamp i Wilhelm Reden, minister pruskiego króla, i ujmując z obu stron pod ramiona powiedli z sali do sieni i po krętych kamiennych schodach do góry na piętro do komnaty kominkowej. – Czeka nas jeszcze jedna niespodzianka miłościwy panie! – wykrzyknął mu do ucha trochę już podpity Boscamp. Poetę rozeźliła trochę ta nagła nachalność w końcu zupełnie obcych mu ludzi, a w swojej kilkutygodniowej podróży z księciem weimarskim spotykał podobnych prowincjonalnych urzędników bez liku. I co ciekawe jakoś wszyscy byli do siebie podobni w tym przekonaniu o własnej wiedzy i ważności. Dlatego po wejściu do sali na piętrze Jan Wolfgang z przekąsem rzekł coś na temat pożytków płynących z kaflowych pieców i stosowania przeszklonych latarń, o których ci miejscowi przemądrzali gwarkowie zapewne nie słyszeli. Taktownie pominęli milczeniem jego cierpkie uwagi. Widocznie nie chcieli zrażać do siebie wielkiego poety i ministra rządu księcia weimarskiego, a może obawiali się, że nie dotrzyma im towarzystwa.

Kiedy Jan Wolfgang usiadł w rzeźbionym fotelu w rzędzie dla gości, zauważył, iż księcia Karola Augusta nie było już w środku, podobnie jak kilku ludzi z jego najbliższej świty. Ale obecność pruskiego ministra i dyrektorów urzędu górniczego i tak w znacznym stopniu uświetniała spotkanie, na które licznie przybyli miejscowi rektorzy, kapłani i górniczy urzędnicy. Zasiedli skromnie w masywnych ławach z pulpitami, takich jakie zwykło widywać się w kościele. Widać wszyscy oczekiwali zapowiadanej niespodzianki. I trzeba przyznać, iż udało się miejscowym zaskoczyć Jana Wolfganga. W duchu poeta spodziewał się bowiem jakiegoś wykładu naukowego na temat maszyn parowych lub kruszców zalegających pod ziemią wokół miasta, a tymczasem ci dziwni gwarkowie zaproponowali mu poetyckie zmagania. Aż prychnął ze złości, gdy Boscamp oznajmił to na głos wszystkim zgromadzonym na piętrze budynku starostwa. Jeszcze dodatkowo ten zabawny wieniec laurowy upleciony na kształt starogreckich wiszący na ścianie, który miał być nagrodą dla najlepszego rymopisa. I to on znany w połowie Europy poeta miałby stawać w poetyckie szranki z tymi kopaczami rud, oburzył się w myślach Jan Wolfgang.

Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, już na środku sali sam Filip Boscamp recytował rozwlekły poemat o ziemi gwarków i lasów, gdzie sowy puchają a woda spływa podziemiami. Nagrodzony brawami Boscamp ustąpił miejsca swojej córce, która z uniesieniem wykrzyczała miłosny wierszyk o pasterzu i rusałce z rybnej rzeczki. Owe popisy przeplatane były brawami publiczności. I to siła oraz długość oklasków miała decydować o przyznaniu wieńca laurowego. Jan Wolfgang zapamiętał jeszcze tylko kantora z miejscowej ewangelickiej fary, który wygłosił nie za długi wiersz o Boskiej chwale, oraz tego dziwnego radcę górniczego. Zwał się Georg de Geselius i co Jan Wolfgang odnotował w pamięci cały czas snuł się w jego pobliżu zarówno na kopalni jak i na uczcie w starostwie. Szczególnie uważnie przysłuchiwał się dyspucie poety z Henriettą, której był narzeczonym. Jan Wolfgang nawet podejrzewał, że de Geseliusa jest po prostu zazdrosny o wybrankę swojego serca. I tu się mylił. Pojął dopiero teraz, czemu miały służyć te podchody i podsłuchy. Wcale nie chodziło o kobietę, jemu chodziło o poezję i o umiłowanie swojego miasta. Właśnie takie uczucia wyraził, gdy recytował:

Choć na rubieżach państwa, lecz jeszcze przy wykształconych ludziach
Co nam z pychą i z prostej dziwaczności
Niebezpieczny poeto ubogiego Wertera zarzuciłeś
Znajdziemy to, co nam wielkodusznie zostawiłeś
I co więcej warte niż żart lub dworne drwinki
Przez światło rozumu na podstawie poczciwości
Co dla prawdziwego szczęścia najbardziej wykształconych ludzi
Lepiej by było, żebyś ty zostawił w ziemi ukryte!

Jan Wolfgang zbladł, gdy usłyszał tak prostacki atak na swoją osobę. Z trudem opanował złość. Wiedział, że nie może nieroztropnym wybuchem gniewu dostarczyć kolejnych argumentów temu marnemu górniczemu wierszoklecie, któremu wydaje się, że przejdzie do historii, atakując wielkiego poetę. Zżymał się, bo mowa wiązana de Geseliusa nadawała się do wygłaszania na gwareckich jarmarkach albo karczmach górniczych, tymczasem zachwyceni miejscowi oświeceni ludzie gromkimi oklaskami nagradzali swojego rymopisa. Ich zachwyt sięgał zenitu tylko dlatego, że zwykły radca górniczy zachwalał ich stan i rodzinne miasto.

Na szczęście Jan Wolfgang wrócił już do równowagi psychicznej i nie było znać po nim śladu wzburzenia, gdy umilkły brawa i Boscamp poprosił o wygłoszenie riposty. W sali zapadło milczenie po tej propozycji, słychać było jedynie płonące w kominku drwa strzelające iskrami. Wszyscy obecni wbili spojrzenia w poetę, zawiśli źrenicami na jego ustach. Nawet rozpromieniony aplauzem Georg de Geselius z napięciem patrzył w twarz Jana Wolfganga.

- Doprawdy zasłużył na laurowy wieniec, wasz miejscowy bard. Chylę przed nim czoła – powiedział donośnie Jan Wolfgang. Wzbudził tym niejakie rozczarowanie górniczej braci. Spodziewali się jakiegoś poetyckiego pojedynku, fechtunku na słowa, a tu tymczasem ten znany w Rzeszy poeta ustępuje pola jakiemuś zwykłemu radcy górniczemu. Zdumienie zaparło wszystkim dech w piersiach. Z niedowierzaniem spoglądali na siebie i poetę

- Pozwolicie moi państwo, że już opuszczę to szacowne grono, mocnom utrudzony dzisiejszym dniem i z ochotą podążę na nocny spoczynek w łożu – dodał równie głośno Jan Wolfgang.

Nikt nie ruszył się, żeby go zatrzymać, gdy samotnie podążył do drzwi. Stali znieruchomiali wszyscy gwarkowie i wykształceni mieszczanie. Dopiero na dole w sieni do Jana Wolfganga dołączył jego wierny sługa. Razem pomaszerowali uśpionymi uliczkami Tarnowskich Gór do dworku przy górniczym trakcie.

Teraz, kiedy tak stał na polnej drodze i spoglądał na widoczne w dali zabudowania Tarnowskich Gór, Jan Wolfgang pożałował swojej powściągliwości. Jednak powinien podjąć rzuconą poetycką rękawicę. Zaimprowizować wierszyk, tak jak to robił niejednokrotnie podczas biesiad. Wzbudzały przecież zachwyt wtedy te jego krótkie improwizowane wierszyki zarówno na salonach jak i w zwykłej karczmie. A tak ujdzie w Tarnowskich Górach za zadufanego w sobie dworaka i narazi się na podejrzenia o twórczą niemoc. Przecież tak naprawdę to po cichu podziwiał tych ludzi, którzy z dala od wielkich uczonych wykorzystywali do wydobycia kruszców najnowszy wynalazek ludzkiej myśli: maszynę parową. To ta nowoczesna przywieziona z Anglii maszyna ogniowa sprowadziła go do Tarnowskich Gór, na krańce królestwa. W brulionie nakreślił sporo rysunków pary buchającej z cylindrów, syczących kotłów rozpalonych na węglowych paleniskach. Nie omieszkał naszkicować kół zamachowych i tłoków poruszających pompy, które osuszają złoża podziemnych rud, żeby górnicy mogli wydobyć je z głęboko położonych pokładów. Ta zionąca ogniem i parą maszyneria sprawiła, że po raz pierwszy w dziejach ludzkości człowiek uniezależnił się od siły wiatru, mocy słońca i wody czy mięśni zwierząt pociągowych. W takiej to małej mieścinie dokonywała się tak wielka rzecz, dlatego uwiecznił ten fakt w szkicowniku dla potomnych.

- Panie! Jesteśmy gotowi do jazdy! – usłyszał nagle wołanie. Nawet nie wiedział, ile czasu tak tkwił na polnej drodze, oddając się wspomnieniom. Ale z daleka pochwalił woźnicę i jego pomagiera za błyskawiczną naprawę koła wozu. Omijając kałuże podążył do powozu. Z ulgą usadowił się na siedzeniu dyliżansu. Ledwo zasiadł w wozie, gdy z oddali rozległ się tętent końskich kopyt i czyjeś wołanie. – Zaczekajcie na ważną wiadomość! – nawoływał jakiś młodzieńczy głos.

Jan Wolfgang wysunął głowę na zewnątrz. Po wyboistej drodze pędził w ich kierunku młodzieniec na brązowym koniu. – Zapewne posłaniec od zaniepokojonego księcia – mruknął pod nosem. Dopiero po zbliżeniu się jeźdźca do powozu poeta zrozumiał, że to nie wysłannik księcia lecz pocztowy kurier z Tarnowskich Gór. – W czym rzecz? – zagadnął młodzieńca, gdy ten zeskoczył z konia.
- Zacny panie, dyrektor kopalni przysyła mnie z prośbą o dokonanie na tym karteluszku wpisu, który przykleimy w naszej kopalnianej księdze gości. Już wielu znamienitych person tam wpisało swoje dedykacje – objaśnił jeździec cel swojego przybycia.

- Wpisać mam wierszyk jak do dziewczyńskiego sztambucha – żachnął się poeta.

- Może być poezja – przytaknął posłaniec.

- Pal cię licho! – machnął Jan Wolfgang lekceważąco ręką.

Nie wysiadając z powozu, sięgnął po karteluszek trzymany przez konnego. Wygrzebał z kieszeni pióro i po odkręceniu kałamarza zamoczył je w atramencie. Już wiedział, co wpisze do księgi pamiątkowej kopalni Fryderyk. W mgnieniu oka narodził się w jego umyśle wiersz będący odpowiedzią na wczorajsze pretensje Georga de Geseliusa. Zamaszystymi ruchami ręki nakreślił na papierze kilka krótkich zdań.

Z dala od wykształconych ludzi na rubieżach Rzeszy, co nam to pomoże
Skarby dobywać i szczęśliwie wynosić na światło dzienne
Rozum i rzetelność tylko wspomogą bo oboje są
Kluczami do wszelkiego skarbu który ziemia kryje

Pod wierszem napisał datę 4 sept. 1790 i podpisał się Jan de Wolfgang, chcąc w ten sposób na odchodnym zakpić z dziwnej maniery zapisywania nazwiska przez Geseliusa. Kiedy wysuszył atrament i podał młodzieńcowi na koniu, poczuł niesamowitą ulgę jakby zrzucił z piersi młyński kamień.

- Jedźmy! Ktoś na nas czeka! – krzyknął do woźniców sadowiących się na koźle dyliżansu. I nie czekając na podziękowanie posłańca, schował się we wnętrzu powozu. Po chwili usłyszał głuchy stukot kopyt o ubitą ziemię na drodze, oznaczający, iż posłaniec wyruszył do Tarnowskich Gór. Poczuł też nagłe drgnienie powozu, który pociągnięty przez konie zaczął wolno turlać się do przodu, w stronę odległych kopalni soli.

Ryszard Bednarczyk
 

 

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa