Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

N U M E R  2   -   2 1   C Z E R W C A   2 0 0 0 r.

 Montes Nr 3

 

Dziękujemy
Studnia
Józef Piernikarczyk
Chadecja na terenie powiatu tarnogórskiego w latach 1922 - 1939
Szkoła Raciborzanek
Rys historyczny  wodociągów cz.I
Drugie powstanie śląskie na ziemi tarnogórskiej
Gmina Tworóg
Tarnogórscy mieszczanie
O wieżach, pamięci i spełnianiu się marzeń
Wędrówki płyt nagrobnych
Zapiski z dziejów miasta
Piwo Tarnogórskie
Tarnogórskie Orkiestry
Źródło młodości
Banknoty zastępcze Tarnowskich Gór
Ulica Krakowska
Śląskie kamienie cz. II
 

 

O wieżach, pamięci
i spełnianiu się marzeń

Śląsk (...) to kraina naprawdę wyjątkowa, tak piękna i bogata jakich mało mamy na globie ziemskim. Uposażona w wszystkie skarby naturalne, może zaspokajać wszelkie potrzeby dzisiejszego człowieka.

Nie dziwno tedy, gdy czytamy, że kiedy Fryderyk Wielki, król pruski odebrał Śląsk Austrii, to Maria Teresa, cesarzowa austriacka, ile razy zobaczyła Ślązaka, płakała.

Józef Piernikarczyk (1923)

Czasy katedr

To, co najwyższe, było dla człowieka od zarania dziejów przedsionkiem tajemnicy. Drogą do Boga, jego mieszkaniem, bądź nim samym. Epoki się zmieniały, ale ludzie pielęgnowali "niezbadane" miejsca i szukali w nich listów i głosów spoza swej ziemskiej rzeczywistości. Bywało, że uniesieni pychą próbowali dorównać bogom sięgając chmur, ale wszystkie "wieże Babel" prędzej czy później rozbijały się w hałasie "pomieszania języków".
Jakże ważne miejsce w symbolice, języku naszej cywilizacji zajmuje wieża. Jej znaczenie zmieniało się wielokrotnie. Była symbolem suwerennego państwa, królewskiego majestatu, w końcu świadectwem potęgi możnych tego świata, umocnieniem ich autorytetu. Ale stawała się też ostatnim ratunkiem i ostrzeżeniem przed nadciągającym wrogiem. W końcu, w pełnym słońcu średniowiecza wieże gotyckich katedr wskazywały człowiekowi jego miejsce i drogę do Boga. Zbigniew Herbert pisał w znakomitym zbiorze esejów zatytułowanym "Barbarzyńca w ogrodzie" o średniowiecznych katedrach: "Stanowiły one przedmiot dumy i widoczny z daleka znak potęgi".

Tam, gdzie nie było katedr, rosły wieże ratuszów i kościołów - wieże miasta. Rzym starożytny swoje wysokie kolumny zwieńczał wizerunkami architektów jego potęgi. Rzym nowożytny sprowadzał starożytne obeliski z Afryki; wysokie i smukłe, dziś rozsiane są po jego renesansowych i barokowych placach.

Górny Śląsk pełnią swego przemysłowego życia zaczął żyć w epoce, w której nowoczesne prądy umysłowe ścierały w proch filozofię "czasów katedr", a niejednokrotnie samym katedrom wypowiadały wojnę. Burząc kościoły, rewolucja francuska zaczęła stawiać świątynie nowym tajemnicom i własnym bogom. Długo później Paryż, wzgardziwszy wieżami Notre Dame, zbudował inną wieżę, tę na miarę wieku "żelaza".

W tym czasie na Śląsku szybko dołączającym do czołówki regionów nowoczesnej Europy rósł las jego wież, nie gotyckich i katedralnych, ale jakże licznych i wysokich. Wieżami Śląska były kominy hut i szyby kopalń. Z biegiem czasu coraz częściej obok wyrastały neogotyckie wieże budowanych w osadach i miastach kościołów. "Wieże Śląska" informowały o istnieniu i pracy człowieka, o jego życiu, tęsknotach i marzeniach. O tym, że jest on obywatelem tej samej Europy, w której młodości zdarzył się "czas katedr".

Dziś, na Śląsku z wolna coraz mniej zanieczyszczonym, jego "wieże" są zamykane i burzone. I chociaż to zrozumiałe, a dla przyszłości regionu konieczne, to jednak czegoś zaczyna dumie i charakterowi śląskich miast brakować. W drodze z Katowic do Bytomia na wysokości Huty Kościuszko w Chorzowie każdy przybysz ulegał przejmującemu widokowi otwartego ognia i rzędu kominów w samym sercu miasta. Znam ludzi z daleka, którzy widząc to raz w swym dzieciństwie do dziś nie potrafią zapomnieć.
Ksiądz Prałat Franciszek Gębała, dawny proboszcz parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Chorzowie-Batorym (Wielkich Hajdukach) opowiadał mi, jak to kilka lat temu delegacja wojskowych jechała z Warszawy na uroczystości związane z patronem Chorzowa św. Florianem. Nagle goście zorientowali się, że są już w Bytomiu, a więc, że minęli już dawno skrzyżowanie na wysokości Huty Kościuszko, gdzie trzeba im było skręcić. Okazało się, że wypatrywali słynnych kominów huty, zawsze bowiem po ich minięciu skręcali. Tym razem jednak kominów już nie było, bo je wyburzono. Oficerowie zatem, nie widząc rozpoznawalnego zawsze drogowskazu jechali dalej czy też mówiąc nieco bardziej symbolicznie "zabłądzili". Bo wieża - to - jak już pisałem - także drogowskaz. A kominy i szyby na Śląsku, to jego wartość kulturowa, ważna część pejzażu. Wieża wpisana jest w krajobraz ludzkiej duszy. I tam gdzie jest Europa, tam ludzie zawsze żyli w cieniu wież.

Wieża to obraz pierwszy, który chcę dziś przytoczyć mówiąc o Śląsku. Obraz drugi to pamięć.

Pamięć

Pamięć jest tym dzięki czemu, człowiek staje się zdolny do tworzenia, do wypełnienia swojego kulturotwórczego powołania. Pamięć o przeszłości sprawia, że życie może być aktywne i piękne. Pamięć o tym co było jest wartością rozstrzygającą o naszym obecnym dniu. Nasza zdolność do pamiętania określa kim jesteśmy teraz, określa naszą świadomość. Historia zatem - czy tego chcemy czy nie - jest jak chleb, którego zapach i smak przypomina nam dom, rodzinę, a w końcu także to, że życie ma swój smak.

Słowa, poświęcone wartościom takim jak: człowiek i pamięć niech staną się okazją do zwrócenia uwagi, że obie one powinny gromadzić nas wokół historycznej refleksji.

Przeszłość Śląska jest podzielona bruzdami cierpienia, ale przecież jest też dziedzictwem wielu pokoleń ludzi, którzy żyjąc tu nawet w najcięższych czasach nie tracili nadziei, że przyszłość będzie dobra. Żyli na Śląsku obok siebie Niemcy, Polacy, Czesi, Żydzi. Wielu było takich, którzy nazywali siebie po prostu Ślązakami. Śląsk wielokrotnie zmieniał przynależność państwową. Przeżywał nawały wojenne. Zdarzyło się i tak - jak podejrzewa znawca historii Bytomia Profesor Jan Drabina, że bytomianie w służbie Konrada Białego oleśnickiego walczyli przeciw bytomianom Bolka cieszyńskiego pod Grunwaldem w 1410 roku. Miasto było wówczas podzielone.

W końcu Śląsk doczekał dni, w których widziano w nim ziemię ogromnego przemysłu, wielkich możliwości i bajecznych fortun. Do czasów dramatycznego podzielenia, jakim stała się I wojna światowa, Ślązakom łatwiej było uczyć się trudnej sztuki współistnienia. Przypomnijmy pogodną, pełną ciepła i humoru wspomnieniową książkę Antona Oskara Klaussmana opublikowaną po raz pierwszy w Berlinie w 1911 r., a więc jeszcze przed I wojną światową. W jednym z rozdziałów autor pisał: "Dla każdego miłującego pokój człowieka krzepiące było oglądanie każdej soboty w hotelu Wienera w Katowicach protestanckiego pastora, katolickiego księdza i żydowskiego rabina, skupionych przy grze w szkata i słuchanie w jak grzeczny sposób ze sobą rozmawiali ci trzej duchowni, którzy zwracali się do siebie zawsze per: Panie bracie na urzędzie".

Tym, którzy uważali się na Śląsku za Polaków do lat 1918-1922 przypadło żyć w trudnym oczekiwaniu na państwo polskie. Przebudzenie narodowe Ślązaków, którzy przyznawali się do polskości jest jednym z najbardziej fascynujących fenomenów nowożytnej historii środkowej Europy. Dokonało się ono w drugiej połowie XIX w. w niezwykle trudnych warunkach. Nie było tu na Górnym Śląsku polskiej szlachty, a zatem nie można było czerpać z obfitych zdrojów tradycji Rzeczypospolitej (wszak Śląsk trwale odpadł od Polski już w średniowieczu). Nie miała też śląska ziemia liczebnie silnych polskich elit. Nie miała wsparcia w prywatnych zbiorach polskich pamiątek narodowych, które tak pieczołowicie gromadziły zasłużone polskie rody na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Nie miał Śląsk swoich pobielanych dworków otoczonych koroną dębu czy lipy, nie miał powstańczych mogił, nowych od XVIII i XIX stulecia miejsc narodowego kultu w Polsce. A jednak ukryta była na tej ziemi tęsknota. Ta zaś rodzić się musiała z jakiegoś pnia pamięci. Pamięć bowiem - czasem ukryta właśnie - jest źródłem tęsknoty. Pamięć jest gwarantem zachowania tego co najcenniejsze z tradycji.

U źródeł przebudzenia

W poszukiwaniu genezy fenomenu przebudzenia polskości na Śląsku nie sposób nie podkreślić roli dwóch zwłaszcza wartości ochronionych, ściśle tradycyjnych i hierarchicznych. Pierwszą jest religia i Kościół katolicki. Jego rola zdaje się być dla Polaków na Górnym Śląsku nieoceniona. W osobach księży zyskał on pisarzy, poetów, zbieraczy pamiątek kultury, działaczy gospodarczych, trzeźwościowych, opiekunów teatrów amatorskich, chórów parafialnych, obrońców biednych i chorych, a także inspiratorów w odkrywaniu przez młode pokolenia swoich powołań. W liturgii Kościół katolicki zapewniał poczucie odrębności od niemieckiego ewangelicyzmu. Rozwinął się nawet tu na Śląsku na przestrzeni XIX i XX w. specyficzny, na innych terenach nieznany model duszpasterstwa, który - by użyć słów arcybiskupa Damiana Zimonia - opierał się na postawie serdeczności i ojcowstwa. Wszak i takie znamy przykłady, że ksiądz po Mszy św. niedzielnej razem ze swoimi wiernymi spotykał się przy kuflu piwa, by być blisko ich codzienności i problemów, by do nich należeć.
Drugą wartością - bezcenną - jest rodzina. W rodzinach śląskich odbywała się edukacja, która w XIX stuleciu miała przynieść owoce w postaci coraz bardziej świadomych siebie nowych pokoleń. W rodzinie uczono modlitwy i pracy. Tutaj dzieci stykały się po raz pierwszy z książką i językiem "serca". W rodzinie obowiązywała hierarchia wartości, której kolejne pokolenia dawały świadectwo zakładając swoje własne rodziny, działając w chórach, w teatrach amatorskich, towarzystwach gimnastycznych, a w końcu ginąc na wojnach czy w powstaniach.

To właśnie rodzina na Śląsku XIX-wiecznym wypełniała brak polskiej szkoły. Dla poczuwających się do polskości był to bowiem czas szkoły trudnej, nieraz nie do przyjęcia. Państwo pruskie, a potem niemieckie zdawało sobie sprawę z roli szkoły w kształtowaniu postaw społecznych i obywatelskich. Najczęściej więc dokładało wszelkich starań, by szkoła zapobiec mogła rozwojowi tradycji polskiej. I tutaj znowu rodzinę wspierał Kościół. Biskupi sufragani wrocławscy Józef Bernard Bogedain (1810-1860) czy jego następca Adrian Włodarski(1807-1875) byli tymi, którzy najpełniej rozumieli potrzebę troski o "język serca" wiernych. Pierwszy był Niemcem wychowanym w duchu szacunku dla polskości, drugi Polakiem. Obaj wspierali śląską rodzinę w jej trwaniu u źródeł tożsamości.

Czas, w którym - jak dziś - ma miejsce kryzys rodziny nie wróży dobrej przyszłości. Śląska rodzina katolicka jest jedną z głównych przyczyną częściowego powrotu tej ziemi w 1922 r. do Polski. Obrządek rodzinny, ogień domowy, ustalona hierarchia wartości, przekazywana tradycja to prawdziwe diamenty w koronie śląskości. Podobną rolę na Śląsku cieszyńskim odegrała rodzina ewangelicka. Gdy rodziny ewangelickie z terenów śląska cieszyńskiego przeprowadzały się bliżej Katowic stawały się także - zgodnie z własnym rodowodem miejscem ożywionej polskości. Jednym z bardziej błędnych jest stereotyp określający ewangelików śląskich wyłącznie jako Niemców. Dziś na przykład - o czym przypominał już kilka lat temu pastor kościoła ewangelickiego w Katowicach ks. Tadeusz Szurman - nie odbywa się na Górnym Śląsku ani jedno niemieckojęzyczne nabożeństwo ewangelickie.

O spełnianiu się marzeń

Zanim jeszcze mocarstwa miały rozstrzygnąć niewygodną dla siebie kwestię przynależności państwowej Śląska, Ślązacy sami dawali wyraz swym przekonaniom. Tym wyrazem były powstania z lat 1919-1921. Podobnie Polska nie czekała na arbitralne rozstrzygnięcia. 15 lipca 1920 r. Sejm Ustawodawczy uchwalił ustawę o statucie organicznym województwa śląskiego, tym samym postanowił, że w przyszłości w tej części Śląska, która znajdzie się w obrębie Rzeczypospolitej zorganizowane zostanie osobne, autonomiczne województwo. Polsko-niemiecką konwencję w sprawie Górnego Śląska podpisano 15 maja 1922r. Polskie wojska wkraczały na Śląsk między 17 czerwca a 4 lipca. W miastach, wśród Polaków zapanował entuzjazm, budowano bramy triumfalne. Był to czas - w co dziś być może trudno uwierzyć - gdy na widok polskiego munduru żołnierskiego płakano ze wzruszenia. Sytuacja ta przypomina o kolejnej utraconej wartości, ale to już przecież temat na osobne rozważania.

Wybory do sejmu województwa śląskiego odbyły się 24 września. W wydanej w 1923 r. Ilustrowanej Księdze Pamiątkowej Górnego Śląska jej autor Józef Piernikarczyk nie kryjąc zachwytu pisał: "Spełniły się marzenia ojców, proroków i pisarzy Górnośląskich, którzy przez wieki całe tęsknili za utraconą ojczyzną i opiewali w pieśniach swych nieszczęśliwy los śląskiej dzielnicy oderwanej przed wiekami od pnia macierzystego. Spełniły się życzenia bohaterów górnośląskich, którzy ze słowami na ustach: "Niech żyje Polska!" "Niech żyje polski Górny Śląsk!" umierali na polach Francji, Polski, Macedonii, Azji i niw nadodrzańskich.

Po wiekach, po tylu dyplomatycznych i krwawych nawet walkach, połączenie części Górnego Śląska z Macierzą stało się faktem dokonanym. Jednomilionowa ludność polska stała się wolną i odetchnęła spokojniej po wiekowej udręce, prześladowaniach, cierpieniach fizycznych i moralnych; znalazła się w wolnej i niepodległej Ojczyźnie, złożywszy wielkie ofiary okupu wolności".

W mieście pozbawionym pamięci

Gdyby ktoś zapytał: Czy można kochać takie miasta jak Zabrze, Bytom, Strzelce, Pyskowice, Chorzów, Ruda Śląska? Odpowiem pytaniem: A czy można żyć bez miłości?

W mieście pozbawionym pamięci życie człowieka staje się wegetacją i pogonią za pieniądzem. W mieście pozbawionym miłości życie staje się koszmarem. A gdy nie znamy swojego miasta po części nie znamy siebie, bo przecież jesteśmy częścią tych ulic, murów, miejsc. One są w nas, z nich wyrastamy, z nimi żyjemy. A żyć będziemy tak długo jak długo pamiętać o nas będą inni. Miasto czy ziemia również żyją tak długo jak długo pamięta o nich człowiek. Wyobraźmy sobie wspólne życie ludzi, których nic nie łączy. Jakże jest trudne i nieszczęśliwe. Tak samo będzie z człowiekiem, którego nic nie łączy z jego miastem. Ażeby nas z miastem łączyła więź trzeba je poznać, tak jak poznać trzeba nam człowieka, którego będziemy mogli pokochać.

Wyzwanie jest wielkie. Śląsk wciąż jest ziemią niezrozumianą w Polsce, zbyt mało poznaną, wciąż nie jest kochany miłością, na jaką zasługuje. Ogromne blokowiska Chorzowa, Tychów, Żor i właściwie wszystkich innych górnośląskich większych miast są zamieszkane jakże często przez wymieszaną społeczność. Wielu, bardzo wielu mieszkańców dzisiejszego Śląska pozbawionych jest tu korzeni. Wielu wyjechało daleko. A przecież brak pamięci, zapomnienie, brak zakorzenienia jest zagrożeniem wobec którego obojętność stanowi winę ogromną. Pamięć pielęgnowana, odzyskiwana, odszukiwana, umiłowanie przeszłości to warunek konieczny na jakąkolwiek przyszłość, która byłaby do przyjęcia.

A zatem o miejsce pamięci w naszym życiu teraz na przełomie stuleci być może jest pytaniem podstawowym. Należałoby zastanawiać się nad tym, jakie są perspektywy dla człowieka w mieście pozbawionym pamięci. Teraz, gdy kończy się wiek XX, pamięć należy do wartości najbardziej zagrożonych. Czyż nie to jest jednym z najważniejszych celów takich spotkań jak nasze, by pozwolić żyć pamięci, by po prostu nie zapomnieć, by móc jeszcze zatrzymać się i, zważywszy na to, jakie miejsce w kształtowaniu tożsamości ma przeszłość, zrobić wszystko, by pamięć o przeszłości ochronić?

Mieszkańcy stworzonej przez wyobraźnię pisarza Gabriela Garcii Marqueza miejscowości Macondo z książki "Sto lat samotności" zapadając na chorobę utraty pamięci bronili się swoistą metodą. Niech jej opis stanie się pointą moich rozważań. "Jose Arcadio Buentia zastosował ją praktycznie w całym domu, a później narzucił całemu miasteczku. Pędzelkiem umoczonym w farbie malował na każdej rzeczy jej nazwę; stół, krzesło, zegar, drzwi, ściana, łóżko, garnek. Wyszedł do zagrody i oznaczył wszystkie zwierzęta i rośliny: krowa, koza, świnia, kura, juka, malanga, banany. Stopniowo obserwując nieskończoność wariantów zaniku pamięci, zdał sobie sprawę, że może nadejść dzień, kiedy będą rozpoznawać rzeczy po napisach, ale zapomną ich przeznaczenia. Wtedy rozszerzył swoje napisy. Etykieta, którą zawiesił na szyi krowy, była przykładem sposobu, w jaki mieszkańcy Macondo byli zdecydowani walczyć z chorobą: »To jest krowa, trzeba ją doić rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zamieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem«[...]

U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis »Macondo«, a nieco dalej inny, większy, przy głównej ulicy: »Bóg istnieje«".

Jacek Kurek

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa