Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 18

N U M E R  1 9  -   G R U D Z I E Ń   2 0 0 5 r.

 Montes Nr 20

 

Brama Gwarków
John Baildon
Nieco ze statystyki miasta
Dzieje Bractwa Strzeleckiego w Tarnowskich Górach      cz. VI
Synowie Izraela                  w Tworogu
O tym jak Stwórca       zrobił utopce
Ksiądz Teodor Christoph    - kapłan niezwykły
Ostatni panowie Rybnej
Katastrofa nad Krupskim Młynem
Ostatni lot Liberatora
Jak to niegdyś w święta bywało
Pełną parą
Odnalezione korzenie
Zagłada pałacu w Reptach
Coś optymistycznego
Święto patrona
Muzyczne portrety - Aleksander Glinkowski
 

 

Jak to niegdyś
w święta bywało

Boże Narodzenie jest czasem niezwykłym. To przede wszystkim czas radości z przyjścia na świat Bożej Dzieciny, do czego nawiązuje ludowa nazwa „gody”, pochodząca od starosłowiańskiego „god” - wesołość, szczęśliwość, uczta. Jest to jednak specyficzna radość, nie głośna, huczna, ale połączona ze skupieniem i wyciszeniem, z poczuciem podniosłości i swoistej tajemniczości tych świąt, zwłaszcza wprowadzającej w nie Wigilii. Zanim połamiemy się opłatkiem i zasiądziemy do wigilijnego stołu, sięgnijmy w przeszłość i powspominajmy, jak chwile te przeżywali niegdyś nasi przodkowie.

 

Czas niezwykły musi przebiegać w niecodziennej scenerii, toteż przygotowaniom do świąt towarzyszyły zawsze zabiegi porządkowania - szorowano ściany i podłogi, omiatano powały, sprzątano obejście. Wszechobecna dziś choinka pojawiła się najpierw w śląskich miastach, w pierwszej połowie XIX wieku w domach mieszczan niemieckiego, a w drugiej - również polskiego pochodzenia. Na wsi aż do początków XX wieku symboliczną bożonarodzeniową dekoracją był wierzchołek lub gałązki drzewka zwisające z sufitu i zdobione jabłkami, orzechami, drobnymi ciasteczkami i papierowymi łańcuchami, a przede wszystkim „betlejka” - szopka betlejemska ze żłobkiem. W przeciwieństwie do krakowskich odpowiedników, wzorowanych na strzelistych kościołach, śląska „betlejka” jest szopą, szałasem pasterskim lub górską grotą wypełnioną gipsowymi, glinianymi lub drewnianymi figurkami. Obok postaci wziętych z Ewangelii pojawiali się tam śląscy chłopi, handlarze, Żydzi. I to nie tylko w domowych „betlejkach”, ale i w stajenkach ustawianych w kościołach, skoro czytamy u Jerzego Pośpiecha, że pod koniec XVIII w. władze zabroniły np. gliwickim franciszkanom ustawiania takich figurek wokół żłobka „żeby położyć kres wybujałej fantazji religijno-ludowej”.

W wigilijny dzień obowiązywał ścisły post - i to wszystkich domowników, łącznie z dziećmi. Wielu starszych wspomina, że rano dawano dzieciom odrobinę zbożowej kawy, a potem aż do wieczerzy nikt nie pił już nawet kropli wody. Starano się też niczego nie pożyczać, żeby szczęścia nie pozbyć się w ten sposób z domu.

Po południu, zanim pierwsza gwiazda wskazała czas siadania do stołu, we wsi - zwłaszcza przed dworem dziedzica i probostwem - rozlegały się strzały. To młodzi chłopcy strzelali z biczów na wiwat. A że były one długie, niejednokrotnie zabawa ta kończyła się okaleczeniami, toteż z czasem została przez władze zakazana.

Stół nakrywano odświętnie i bardzo starannie, bowiem uważano, że wstawanie od niego podczas wieczerzy to zła wróżba. Warto zwrócić uwagę na zachowaną do dziś niezwykłość tego posiłku - uroczyste biesiadowanie odbywa się przy stole zastawionym wyłącznie postnymi potrawami i w towarzystwie tylko najbliższych osób. Wieczerza miała religijny, a więc podniosły charakter - ubierano się uroczyście, posiłek rozpoczynała modlitwa inicjowana przez ojca rodziny, a podczas spożywania potraw nie wypadało śmiać się czy hałasować ani rozmawiać na tematy frywolne.

Łamanie się opłatkiem nie było tak powszechne jak dzisiaj, ale na nakrytym białym obrusem stole obowiązkowo stały krzyż i świece. Często pojawiało się dodatkowe nakrycie - dla samotnej osoby, zbłąkanego wędrowca, dla kogoś biednego, dla samego Pana Boga lub na pamiątkę bliskich, którzy odeszli. Wspomnieniem stajenki betlejemskiej były podczas wieczerzy siano i słoma.

Liczba potraw wigilijnych zależała od zamożności domu i często wieczerza nie należała do szczególnie wystawnych - od codziennej różniła się tylko tym, że pojawiały się na stole potrawy szykowane wyłącznie raz w roku, na tę okazję. Najczęściej zaczynano od „siemieniotki” - wywaru z konopi, do którego dodawano gryczaną kaszę, a czasem też groch. Obowiązkowym składnikiem wieczerzy były potrawy z makiem, który podobnie jak ziarna zbóż, suszone owoce, miód, grzyby i orzechy symbolizował urodzaj i płodność, a także łączność z zaświatami. Czasem napełniano makiem tzw. „puczki” - rodzaj pączków wkładanych do glinianego garnka i zalewanych odrobiną roztopionego masła, ale najczęściej podawano „makówki” - zmielony mak z dodatkiem bakalii ugotowany na mleku, przekładany warstwami bułek, ciasta lub klusek. Jedną z najstarszych obrzędowych potraw jest „moczka” - gęsty sos na zasmażce z masła i mąki z różnymi dodatkami. Wielość i zróżnicowanie tych dodatków (są wśród nich m.in. piernik, bakalie, suszone gruszki, pasternak i ciemne piwo) sprawiają, że niemal każda śląska rodzina może poszczycić się nieco innym smakiem tej potrawy sporządzanej wg przepisów przekazywanych pieczołowicie od wielu pokoleń. Ryby pojawiały się początkowo tylko w bogatszych domach. Powszechnie uważano, że należy skosztować choć odrobinę z każdego wigilijnego dania, co gwarantować miało pomyślność w kolejnym roku.

Prezenty pod choinkę przynosiło u nas nowo narodzone Dzieciątko - na pamiątkę darów złożonych w stajence, a dzieciom w nagrodę za dobre zachowanie. Oczywiście liczba i okazałość tych podarków bardzo różniła się w poszczególnych domach, jednak Dzieciątko bywało zwykle znacznie hojniejsze od wcześniejszego Mikołaja.

Wigilia uchodziła za czas stosowny do wszelkich rytuałów chroniących domostwo i do zaglądania w przyszłość. Wierzono, że cała przyroda wraz z człowiekiem odczuwa radość z przyjścia na świat Zbawiciela, toteż włączano ją w wigilijne obrzędy. Gospodarz podawał bydłu resztki potraw wigilijnych, by dobrze się chowało, a z siana lub słomy obecnych w izbie podczas wieczerzy kręcono powrósła, którymi obwiązywano drzewka owocowe, żeby lepiej rosły. Często towarzyszyła temu formuła magiczna, pokrzykiwanie lub wręcz grożenie drzewku ścięciem przez gospodarza. Obserwacja słońca, księżyca i gwiazd miała dać odpowiedź, jakiej pogody należy się spodziewać w nadchodzącym roku. Popularne były też wróżby dotyczące spraw znacznie bardziej osobistych, zwłaszcza matrymonialnych.

Nieodzowną częścią Wigilii było uczestnictwo w pasterce - witano nowo narodzonego Pana, wierząc, że osobisty udział w nabożeństwie zapewnia szczęście w nadchodzącym roku. Niezwykły czas wigilijnej, podobnie jak sylwestrowej nocy czynił też bezkarnymi, co więcej - wręcz przynoszącymi szczęście - psoty płatane przez młodych ludzi sąsiadom. Niejeden gospodarz w bożonarodzeniowy ranek zastawał wóz czy sanie na dachu stodoły, znikały bramy i furtki, a poranne słońce na próżno próbowało się przebić przez zamazane wapnem szyby.

A umyć ich nie było można, bowiem w pierwszy dzień Bożego Narodzenia nie godziło się wykonywać żadnej pracy. Nie wolno było sprzątać ani gotować, a w początkach XX wieku zabraniano nawet osobistej toalety, ścielenia łóżek czy czyszczenia butów. Etnografowie dostrzegają w tym zakazie pozostałość pogańskiego kultu zmarłych , których dusze w tym dniu miały odwiedzać swe domostwa, toteż należało unikać spłoszenia ich lub rozgniewania.

O ile pierwszy świąteczny dzień spędzano w domu, w gronie najbliższych, o tyle drugi wypełniały odwiedziny bliskich osób. Do dziś w tym dniu w niektórych parafiach podczas mszy świętej praktykowany jest zwyczaj święcenia owsa. Ten znany w całej Europie - bo wywodzący się z rzymskich Saturnaliów - obrzęd, mający zapewnić dobry urodzaj, Kościół powiązał z postacią pierwszego męczennika chrześcijańskiego - ukamienowanego św. Szczepana. Owies przynosili do kościoła synowie gospodarscy i parobcy, gdyż to właśnie oni zajmowali się końmi. Po poświęceniu owsa obrzucali nim księdza i dziewczęta - zwłaszcza te najbliższe sercu, bowiem obficie rzucane w stronę panny ziarno świadczyło o jej atrakcyjności - wierzono, że będzie miała tylu zalotników, ile ziaren uczepi się jej ubioru. Poświęcony owies miał jednak przede wszystkim zapewnić dostatek w gospodarstwie - dodawano go do ziarna siewnego i podawano zwierzętom, by chronił od chorób i robactwa.

Pora kończyć naszą podróż w czasie - na Twojej choince, Szanowny Czytelniku, zapalają się lampki, na białym obrusie stoją już krzyż i świece, a dzieci z niecierpliwością czekają na Dzieciątko. Przeszłość staje się teraźniejszością...

Ewa Zuber

na podstawie prac: Jerzego Pośpiecha „Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku” i Anny Zadrożyńskiej „Powtarzać czas początku”
Widokówki ze zbiorów Beaty i Jacka Kalke

 

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa