Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 14

N U M E R  1 5  -   2 0   G R U D N I A   2 0 0 4 r.

 

 

Jan Bondkowski
Ks. Emil Skudrzyk
Dzieje Bractwa Strzeleckiego w Tarnowskich Górach
cz.II
Dzieje tarnogórskich protestantów ...
Karłuszowiec - Bibiela
Józef Wybicki
Co dalej z „Gwarkami”?
Wyrósł w Tarnowskich Górach
Spotkania z Donnersmarckami
Kopanina
Kozie
Wielki pożar w roku 1746
Dobry czy zły margrabia?
Miejsce magiczne
Rozmyślania o Górnym Śląsku
Historia Parafii Św Jana Chrzciciela i św Kamila cz.III
Smok i święty
Tarnogórski park
Świątynia kolejarzy
 

Rzecz o ks. Franciszku Blachnickim

Wyrósł w Tarnowskich Górach

Kiedy ślęczałem w katowickiej kurii nad wypchaną teczką akt personalnych Franciszka Blachnickiego, przechodzący ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział: „Tak, tak. To materiał na serial telewizyjny’’. Istotnie - życie twórcy ruchu „Światło -Życie” i Krucjaty Wstrzemięźliwości przypadło na czasy tak ciekawe, a i on sam był postacią tak wybitną... Zresztą niech przemówią fakty.


Urodził się wprawdzie w Rybniku, ale wychowywał i uczył się w Tarnowskich Górach, gdzie ukończył neoklasyczne gimnazjum. Z tym, że nie szkołę - choć dobrą - najchętniej z tamtych lat wspominał.

Jego życie cechowała bowiem zawsze, jak pisał po latach: „próba ucieczki od sformalizowanych i bezowocnych systemów urzędowych, do środowisk nacechowanych autentyzmem, tętniących życiem i owocnych” a szkoła nie była dla niego takim środowiskiem. Gdzie go zatem szukał. Pisze dalej: „Przed wojną, w latach pobytu w szkole średniej, była to ucieczka w ruch harcerski. Szkoła znajdowała się na drugim planie, jako pewna konieczność, której trzeba było się poddać i której program należało zaliczyć. W centrum zainteresowania zaś była fascynująca przygoda harcerska ze swoim programem wychowawczym, zawartym w przykazaniu harcerskim, ze swoją metodą wychowania rówieśniczego, systemem małej grupy - zastępu, wychowaniem metodą gry wzbudzającej inicjatywę i aktywność, ze swoją obrzędowością i bliskim kontaktem z przyrodą oraz ideą rycerskiej służby wobec bliźnich.” Pracował wówczas nad sobą, kształtował swój charakter sposobami jakże typowymi dla ówczesnego harcerstwa - przez ćwiczenia woli, trening ducha i ciała.

Nie był przesadnie religijny, raczej wówczas nie zastanawiał się nad tymi sprawami, był natomiast niezwykle aktywny, energiczny, ruchliwy. Opowiadał o jednej z prób, jaką sobie zadał. Postanowił któregoś dnia, że przejdzie wzdłuż przez cały park w Tarnowskich Górach...... ale po drzewach, jak wiewiórka, nie schodząc na ziemię.

Przeszedł. Trzeba przyznać, że miał fantazję... Zresztą jakże symboliczne było to ćwiczenie, choć nie mógł wówczas tego przewidzieć - przez całe swoje życie miał przedzierać się przez gąszcz kłujących gałęzi, zawsze ryzykując upadkiem, ale za to swoją własną drogą, jakże daleką od przyziemnych, wydeptanych ścieżek innych ludzi. I jeszcze pociągał za sobą innych w te podniebne harce.

Jakoś nie spadł, choć parę razy niewiele brakowało.

Zdążył przed wybuchem wojny, odsłużyć podchorążówkę, ale - jak wspomina - „służba wojskowa była doświadczeniem negatywnym, jako zetknięcie się z bezsensownym, w moim odczuciu, systemem tresury”.

Kampanię wrześniową odbywa w składzie 11. Pułku Piechoty z Tarnowskich Gór, do którego otrzymał powołanie. Na krótko dostaje się do niewoli, ale już w październiku wraca na Śląsk. Od samego początku pracuje w konspiracji. To zrozumiałe - jego niespożyta energia musiała go tam skierować. Jest komendantem Polskiej Organizacji Partyzanckiej na miasto Tarnowskie Góry. Nie trwa to długo. Już wiosną 1940r. musi uciekać przed Gestapo. Dopadają go w Zawichoście k. Sandomierza. Po krótkim śledztwie trafia do Oświęcimia jako więzień nr. 1201.

Jak niezwykłego hartu ducha i ciała wymagało wytrzymanie w obozie 14 miesięcy, z których większość - jak zawsze niepokorny - spędził w Strafkompanie, kompanii karnej. Niewielu skazanych potrafiło przetrwać 4,5 miesięczny okres kary w tej specjalnej, szczególnie ciężkiej formacji. Blachnicki przeżył dwa takie okresy. Prawie miesiąc przebywał w bunkrze, tym samym, w którym zginął św. Maksymilian.

SS-man, który go tam zamykał, zapewniał go , że stamtąd już nie wyjdzie. Pomylił się - jak wielu później, którzy przepowiadali ks. Blachnickiemu jak najgorszą przyszłość.

We wrześniu 1941r. ks. Franciszek Blachnicki opuszcza obóz. Ale nie wychodzi na wolność, jak sugerowała po latach wroga mu propaganda, insynuując, że w zamian za wolność musiał zgodzić się na współpracę z Gestapo. W rzeczywistości nie miałby nawet gdzie współpracować, bo o żadnym uwolnieniu nie było mowy. Przewieziony do więzienia śledczego w Katowicach, zostaje skazany w marcu 1942r. na karę śmierci przez ścięcie gilotyną - tu, przy ulicy Mikołowskiej, w tym samym więzieniu w którym stracono hm Józefa Pukowca i tylu innych.

Po raz drugi stanie przed sądem po dwudziestu latach w tym samym gmachu, choć wyrok ogłoszony w imieniu Polski Ludowej nie będzie tak surowy. Cztery i pół miesiąca czeka na wykonanie wyroku. To był z pewnością najtrudniejszy okres w jego życiu. Nie załamał się jednak - więcej: właśnie wówczas podjął przełomową decyzję.

Czekając na egzekucję doznał łaski nawrócenia, „moje życie nie należy już do mnie - stwierdził - więc ofiaruję je Bogu”. Bóg musiał przyjąć ofiarę więźnia, bo oto niespodziewanie w lecie 1942r. przychodzi ułaskawienie. Kara śmierci zostaje zamieniona na 10-letnie więzienie „po zakończeniu wojny”. Do 1945r. Blachnicki wożony jest z więzienia do więzienia i z obozu do obozu, ale to nawet jeszcze nie jest kara - to tylko oczekiwanie na „odsiadkę” po wojnie. Na szczęście w kwietniu 1945r. uwalniają go Amerykanie. Jest wówczas ciężko chory i skrajnie wyczerpany. Umarłby pewnie w obcym kraju, gdyby nie odszukała go siostra. Wykurowany, odżywiony, wraca na Śląsk. Jest to już jednak inny człowiek, Sługa Chrystusowy, gotów oddać wszystko co ma pełniąc służbę Bogu i Polsce i niosąc chętną pomoc bliźnim. Obrał drogę swego świętego Patrona. Konsekwentny we wszystkim co robił, wytrwał w niej do końca. Studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego kończy w 1950r. i w tym roku, jako absolwent Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, otrzymuje święcenia kapłańskie z rąk Biskupa Katowickiego Stanisława Adamskiego.

Z dekretem wikarego trafia do parafii św. Marii Magdaleny w Tychach.

Skuteczność i niebywały zasięg oddziaływania (setka samych tylko ministrantów), w dodatku w środowisku „awangardy narodu”, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, która według obowiązującej wówczas ortodoksyjnej doktryny leninowskiej miała w szybkim tempie odchodzić od religii jako „burżuazyjnego przeżytku”, zaniepokoiły władze. Dlatego, gdy zachorował ciężko na zapalenie płuc[skutki więzienia] i musiał się leczyć w szpitalu, wykorzystano to i już nie wrócił do parafii. Aż do przewrotu październikowego był przerzucany z parafii do parafii, nigdzie nie pozwolono mu zagrzać miejsca i nawiązać kontaktów. Był to bowiem okres (1952 -1956) wygnania biskupów, diecezją katowicką rządzili dyspozycyjni wobec komunistycznych władz Wikariusze Kapitulni. Blachnicki czynnie przeciwstawiał się ich posunięciom, na przykład protestował przeciwko próbie zwołania Synodu Diecezjalnego pod nieobecność biskupów i bez zgody Stolicy Świętej. Nic wiec dziwnego, że przerzucano go „z miejsce na miejsce z wiatrem wtór” po całej diecezji.

Mimo to wciąż organizuje oazy. Poświęca na nie własny urlop i finansuje je z własnych, skromnych wikariuszowskich zarobków. Raz nawet by pokryć koszt wyżywienia którejś grupy oazowej, sprzedaje materiał, przygotowany na nową sutannę. Czyż nie przypomina się święty Franciszek.

Ruch oazowy okrzepł już wówczas. Od iskierki zapaliły się płomyczki, początkowo wątłe, ale potem, zwłaszcza po Październiku, było to już całkiem spore ognisko. Dziś przemieniło się w pożar serc, burzę ogniową nie do ugaszenia.

Koniec lat pięćdziesiątych, to czas nowej, wielkiej akcji, znów jakże bliskiej ideałom harcerskim. Powstaje w kurii katowickiej Apostolat Trzeźwości, przekształcony potem w ogólnopolską „Krucjatę Wstrzemięźliwości”. Centrum mieści się w niepozornym baraku przy ulicy Jordana 18 w Katowicach, stąd płyną na cały kraj niezliczone broszury i ulotki. „Krucjata Wstrzemięźliwości” jest społecznym ruchem odnowy moralnej, opartym na duchowości O. Maksymiliana Kolbego, postaci jakże bliskiej Blachnickiemu. To pierwszy i długo jedyny masowy ruch laikatu w państwie komunistycznym. W 1960r. skupia sto tysięcy dorosłych działaczy, nie licząc rzesz młodzieży, wydaje dodatek do „Gościa Niedzielnego”, dwutygodnik pod tytułem „Niepokalana zwycięża” w nakładzie 120 tys. egzemplarzy. Lata 1958 - 1960 to jedyny okres w dziejach PRL, kiedy spadło spożycie alkoholu. Koniec następuje niespodziewanie. 29 sierpnia 1960r. barak przy Jordana zostaje otoczony przez uzbrojone oddziały milicji. Rewizja trwa od 10 rano do 1 w nocy. Ksiądz Blachnicki nie godzi się dobrowolnie opuścić siedziby Centrali - zostaje wyniesiony siłą. Jednocześnie następują rewizje w innych ośrodkach na terenie kraju. W marcu następnego roku organizator „Krucjaty Wstrzemięźliwości” zostaje aresztowany. Akt oskarżenia zarzuca mu „uchylanie się od przewidzianego przez przepisy nadzoru nad publikacjami i ich kontroli”. Na dodatek dopatrzono się, że „w niektórych wydawnictwach, poświęconych rzekomo wyłącznie katolizacji czy walce z plagami społecznymi, treść zawierała mniej lub bardziej wyraźne wypowiedzi, przedstawiające w niekorzystnym świetle poczynania, względnie osiągnięcia Polski Ludowej. Świadczy o tym sama treść przytoczonych wyżej publikacji, jak np. wprowadzenie kultu Matki Boskiej Fatimskiej, patronki b. Armii hitlerowskiej”.

Wyrok zapada w procesie przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach i opiewa na 13 miesięcy więzienia, wprawdzie w zawieszeniu na trzy lata ale trzecią część kary ks. Blachnicki i tak odsiedział w czasie trwania śledztwa. Ukarany został - zgodnie z sentencją wyroku - nie za działalność religijną, lecz za „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości o rzekomym prześladowaniu Kościoła w Polsce”. To tak, jakby kogoś pobito, bo kłamie, że go biją.

Ostatnie słowo oskarżonego w procesie: „Nie proszę o łagodny wymiar kary, bo z punktu widzenia sprawy, którą reprezentuję, im większy wyrok, tym lepiej”.

Sąd w uzasadnieniu wyroku stwierdził: „Działalność oskarżonego była dobra i pożyteczna dla społeczeństwa”. No, za coś takiego przykładna kara się należy.

Tymczasem spożycie alkoholu w Polsce znowu zaczęło wzrastać. Lata 1961 - 1981 to okres pracy naukowej Blachnickiego a jednocześnie czas olbrzymiego rozwoju ruchu oazowego. Można by napisać o tym książkę, albo naukową dysertację, ale oazami zajmować się nie będę, nie jestem w tej dziedzinie kompetentny. Krótko więc, już tylko na zakończenie, podzielę się wrażeniami wyniesionymi z wizyty w Centralnej Diakonii Jedności Ruchu „Światło-Życie” na Kopiej Górce w Krościenku n. Dunajcem. Jest tam centrum oazowe. Duży dom, rozbudowany z drewnianej chałupki, kaplica Chrystusa Sługi, Namiot Światła, amfiteatralny Zbór im. Jana Pawła II na 3 tysiące miejsc. Wszystko to powstało z niczego i bez pieniędzy. Oczywiście także bez „wymaganych zezwoleń”. Wszelkie budowy wielokrotnie przerywano i komisyjnie pieczętowano.

A jednak są. Stoją. Działają.

A przede wszystkim istnieje potężny, prężny ruch o szczytnych ideałach, który nie czeka na wytyczne, decyzje, priorytety, zezwolenia i budżety. Po prostu działa i rośnie. Dlatego nie muszę się chyba silić na mozolne wykazywanie, że „Blachnicki wielkim wychowawcą był” - fakty przemawiają za siebie.

Wszyscy, którzy go znali, twierdzą zgodnie: była to jedna z największych postaci współczesnego Kościoła polskiego. Wybitna indywidualność, siła witalna, człowiek z charyzmatem. Nie istniało dla niego nic niemożliwego. Niejednokrotnie nawet jego najbliżsi współpracownicy, przerażeni ogromem piętrzących się trudności, opuszczali ręce. Ks. Franciszek uśmiechał się wówczas pogodnie i przekonywał:

- jeśli to, co robimy, miłe jest Bogu, musi się udać!

- jeśli Bóg chce, abyśmy to robili, pomoże i środki się znajdą!

- że ten i ów jest przeciw nam? że nam grożą? Czego się boicie? Przecież oni mogą nas najwyżej zabić, nic więcej nam nie zrobią!

Paweł Wieczorek

 

 

Na księgarskiej półce

W poszukiwaniu historycznej prawdy

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa