Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 11

N U M E R  1 2   -   5   W R Z E Ś N I A   2 0 0 3 r.

 Montes Nr 13

 

Adam de Tarnowice
Brama Gliwicka i szpital
150 lat temu
Paryskie ślady Donnersmarcków
Przydrożne krzyże i kapliczki
Ratuszowe herby
Organy braci Biernackich
Tarnogórski magnes
Święcisław de Tarnowice
Wizyta Habsburgów
Dzieje tarnogórskiego Bractwa Strzeleckiego
Repty Nowe
Jakub Gruzełko
Rys historyczny  wodociągów cz.XI
Śląsk w europejskiej wspólnocie
Szkolni inspektorzy
Gwarki. Jak to się zaczęło?
Dawnej huty czar
Ogród jordanowski w Tarnowskich Górach
August de Boscamp-Lasopolski
Synagoga
Rozmyślania o Górnym Śląsku
Kościół w Boruszowicach
 

Wspomnienia

Ogród Jordanowski w Tarnowskich Górach

W moim pojęciu, musiał by się zwać, Ogród Serdeczności dla wszystkich dzieci w tym czasie.

Pociągiem towarowym nas wywieźli z obozu lasowickiego do Vaterlandu, i pociągiem towarowym powróciliśmy do Ojczyzny. Jedni nas nie chcieli, a inni nie potrzebowali.

Był rok 1946. Bieda w domu aż piszczała. Do opieki społecznej chodziliśmy po zupę. W szkole poza śniadaniami i nieraz obiadami, rozdawano od czasu do czasu paczki UNRRY. My dostaliśmy kilka razy całą paczkę jako sieroty, to było dla nas święto.

Po powrocie i załatwieniu obywatelstwa zostaliśmy zaraz zameldowani do szkoły nr.1.

I tutaj wylądowaliśmy wszyscy w tak zwanej klasie przejściowej, gdzie byli uczniowie prawie wszystkich klas.

Po czterech tygodniach Pan Oszdrzeński orzekł że my możemy być przeniesieni do szkoły nr.3 i że już dostatecznie opanowaliśmy język polski.

Tutaj kierownikiem szkoły był Pan Juasta/Reske. Z nauczycieli pamiętam jeszcze Pana i Panią Majewską, Panią Wróbel, Pana Biedala oraz Pana Kurka, który dzielnie nas policzkował jak tylko w przerwach po niemiecku rozmawiano.

Reszty nazwisk już nie pamiętam. Niektórzy pochodzili z Lwowa lub Stanisławowa. Byli nauczycielami z przekonania i umieli z nami rozmawiać, no jednym słowym, umieli swoje wiadomości nam dobrze przekazywać.

Ja często porównywałem ich do nauczycieli niemieckich, ale oni wcale nie byli politycznie zaangażowani,jak ci niemieccy, a jak, to nie dawali tego po sobie znać, tak jak P.Kurek.

Ale on był wyjątkiem.

A co ważne jak coś nie rozumieliśmy w polskiej mowie to nam to wytłumaczono po niemiecku z zaznaczeniem - zapamiętaj to sobie.

I tak parę tygodni przed tymi dużymi wakacjami przyszła raz do szkoły Pani Jadwiga Kretschmar i zrobiła reklamę dla nowo otwartego Ogrodu Jordanowskiego, przeznaczonego przeważnie dla sierot i półsierot. Ale inne dzieci też są mile widziane, powiedziała.

Ja dosłownie pochłaniałem jej wywody, jej wymowę, ona mówiła z takim przekonaniem, że jej osobowość prawie promieniowała.

Ogród Jordanowski był dobrze wyposażony i bardzo dobrze prowadzony. Tutaj można było swoje lekcje odrobić w oddzielnym pomieszczeniu, gdzie zawsze był ktoś do pomocy pod ręką, nierzadko kierowniczka osobiście. Duża jadalnia, sala do gry w razie niepogody, oraz małe kąpielisko o wymiarach 20x20 i od 0,20 skośnie do 1,20 m. głębokie. Różne gry były do naszej dyspozycji, zaś wychowawczynie starały się o nasze samopoczucie.

Wychowawczynią mojej grupy, była Pani Maria Fonfara z Lasowic, gdzie mieszkała zaraz za mostem kolejowym, razem z kucharką. A to wiem, bo przy jednej grze wygrałem materiał na długie spodnie i siostra od Pani Fonfary mi je uszyła, ma się rozumieć za darmo.
Ten Ogród Jordanowski był naszym drugim domem gdzie prawie cały dzień przebywaliśmy.

W czasie wakacji chodziliśmy tylko do domu spać.

Tutaj uczyliśmy się prawie wszystkiego i to bawiąc się. W kuchni jako pomoc kuchenna, roboty ręczne, rzemieślnicze, rękodzielnictwo, ogrodnictwo, sport i tańce, no jednym słowym każdy mógł w swoim własnym interesie swoje ukryte talenty rozwijać.

Uczono nas tutaj lojalności i wpajano, bawiąc się, sprawiedliwie oceniać sytuację, ludzi, obojętnie jakiej narodowości. Czuliśmy się bezpieczni w takim otoczeniu, bo widzieliśmy że czuwają nad nami, a myśmy czuli, że nas lubią i z tego wyciągaliśmy wnioski w naszym jeszcze dziecinnym umyśle. Przyjaźń i miłość była na porządku dziennym. I takiego obejścia z nami się nie zapomina. Była to odskocznia do naszego dalszego życia.

Gdyby nasze życie się dalej rozwijało, tak jak Ogród Jordanowski, to by nasze pokolenie oraz kraj inaczej stały pod względem gospodarczym, ale komuna i jej zakłamana polityka zmuszała ludzi do opuszczenia kraju różnymi sposobami.

Byliśmy podzieleni w poszczególne grupy i to tak, że starsi pilnowali tych młodszych, gdzie nam już za młodu wpajano obowiązki.

Kierowniczka Ogrodu, Pani Jadwiga Kretszmar była wdową. Miała jednego syna Andrzeja w naszym wieku.

Była zawsze przyzwoicie ubrana i można było jej godzinami słuchać, jak nas w swoje plany wychowawcze wtajemniczała. Mieszkali w małym mieszkanku przeciętnie urządzonym, też w Ogrodzie, jak również dozorca Ogrodu, co zarazem był nauczycielem do prac rzemieśniczych.

Ale umiała też nas zachęcać do otwarcia naszych serc i interesowała się naszą przeszłością.

I tak, raz mnie zaprosiła niby do Andrzeja do wspólnego odrabiania lekcji i zadawała pytania co do mojej przeszłości, zaznaczając, że w każdym tutaj w ogrodzie dziecku, ukrywa się tragedia przeżytych dni okupacyjnych, a ja jestem jeden z nich.

Więc jej opowiadałem, bo nie miałem nic do ukrycia, że:

Gdy w drodze powrotnej z Drezna do domu, nas na moście granicznym w Zgorzelcu nie chciano przepuścić twierdząc, że idziemy w złym kierunku, to duże było nasze rozczarowanie.

I co żeście dalej robili, pytała mnie dalej:

Zima już się zameldowała, noce były już strasznie zimne i ku naszemu szczęściu, dzięki 5-cio letnimu bratowi, bo Heniek zaczął rzewnie płakać, zaczepił nas jeden bauer proponując nam dać dach nad głową, ale kawałek za Zgorzelcem.

On był sam tylko z żoną, bo dzieci już nie mieli, a rosjanie mu wszystko zabrali co miał, więc był rad, że rodzina mu się powiększy. On sam pracował na kolei jako dróżnik szlakowy, by ten najgorszy czas przeżyć. Nas przyjęto z otwartym sercem. Oni dbali o nas jak o swoje własne dzieci. Ale radzono nam się nigdzie nie zameldować, pomimo rozkazu, i byliśmy jako krewni tutaj na odwiedzinach.

Mnie też zatrudniono na kolei jako chłopaka do wszystkiego.

Niedaleko dworca stacjonawała jednostka rosyjska która już wszystkie okoliczne miejscowości doszczętnie wyrabowała i ta zdobycz wojenna była na dworcu przechowywana i przy każdym przejeźdźie pociągów na wschód z materiałym wojennym, doczepiano te wagony z ich zdobyczą.

Te zdobycze wojenne mi też nie są obce, powiedziała, ale to już są skutki tej strasznej wojny, i dalej zachęcała do opowiadania:
Ci rosyjscy wartownicy mnie już znali jako Kolę i mogłem się wolno poruszać razem z tym bauerem. Co tylko dusza zapragnie można było w tych wagonach znaleźć.

Od abażurów do zegarów sciennych lub stojących, od klatek z kanarkami do świń, kóz, krów i różnego rodzaju drobiu. Od rowerów, motocyklów i nawet hulajnogi, wózki dziecięce różnego rodzaju, i nawet krzesła i meble były tutaj magazynowane.

Ale nasz cwany bauer, pomimo że go doszczętnie wyrabowano, miał dużą ilość różnego rodzaju wódek w ogrodze zakopane, a to w tych czasach był najlepszy środek płatniczy.

I tak pomału przepłacał tych wartowników i swoje ukradzione rzeczy z powrotem odzyskiwał. I tak przytachaliśmy to świnię, kozę i nawet krowę nie mówiąc już o drobiu.

A ty mu w tym pomagałeś co, zachęcała mnie do dalszej relacji:
A co miałem robić.

Ale już kursowały pociągi ze śląska z węglem. Ten czas postoju i rozładunku, wykorzystywali Ci kolejarze i krążyli po okolicy i szabrowali co się dało, ale przeważnie za żywnością.

I tutaj ciocia Gustla spotkała przyjaciela rodziny, Pana Rozenbauma, który był kierownikiem pociągu towarowego. Postanowił, że nas spowrotem do ojczyzny zabierze, ukrytych w wagonie pocztowym.

A dalej Pani już wie.

To też mi już jest wiadomo, powiedziała, z opowiadań twojej babci.

Już nie pamiętam wszystkich nazwisk koleżanek i kolegów, którzy byli też w Ogrodzie Jordanowskim.W pamięci pozostali mi: Gerhard Cypek, Hubert Spyra, Bracia Gieraki, Edyta i Heniek Francik, Magda, Bracia Gogoliny, Hubert Miklis Józek Labus, Ziemba Stanisłaus i inni.

Cieszyłbym się, jak by tak niektórzy dali o sobie znać.

Konrad Olesch
Bottroperst.50
45899 Gelsenkirchen
k_olesch@web.de
Ruf: 0209 / 51 64 70

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa