Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 10

N U M E R  11   -   2 0   K W I E T N I A   2 0 0 3 r.

 Montes Nr 12

 

Na profesorskim biurku
200 lat temu
Trzeci Ratusz
Zmienne losy Karłuszowca
Wielkanocne zwyczaje
Góra Grojec
Fryderyk Wilhelm hrabia von Reden
Car z wizytą
Ksiądz Franciszek Jastrzębski
Szkolni Inspektorzy cz.II
Biskup Nanker
Stary zamek w Tworogu
Wysiedlenia tarnogórzan
Czerwony krzyż
Śladami Kalidego
Loża Wolnomularzy -       Dom Ludowy
Bractwo Strzeleckie
Rys historyczny  wodociągów cz.X
Michał Dragan - tarnogórski karykaturzysta
Renata a sprawa Śląska
Burmistrzowie Tarnowskich Gór
Kolejarze tarnogórskiej kulturze cz.IV
To tylko legenda
Król August w Tarnowskich Górach
Winiarnia Sedlaczek
O śląskiej wspólnocie
Chrząszczewscy i Koschützki
 

Rozmyślania o Górnym Śląsku

Renata a sprawa Śląska

Gdyby nie było Renaty M. - nauczycielki z Sosnowca, uczącej w Mysłowicach - należałoby ją wymyślić (trawestując słynne powiedzenie). Być może uczyniła to redakcja „Dziennika Zachodniego”. Jeśli jednak Renata jest człowiekiem z krwi i kości, to na jej miejscu ujawniłbym się natychmiast. Popularność, jaką tym czynem by zyskała, zapewniłaby jej karierę i dostatnią przyszłość. Pod warunkiem, że nie będzie przekraczać Brynicy i Czarnej Przemszy.

Od kilku tygodni na stronach dziennika pojawiają się głosy oburzonych treścią jej listu do redakcji czytelników. Być może jest to sposób na odciągnięcie uwagi od innych nabrzmiałych i aktualnych problemów - faktem jest, że tajemnicza Renata, obok prezesa Hoppe, nieskutecznie rozjeżdżającego prywatnego detektywa, jest najbardziej bulwersującą postacią na Górnym Śląsku. Nie zamierzam w tym miejscu przyłączać się do sporego już grona wstrząśniętych i poruszonych (ostro protestowałem ostatnio na forum przeciwko próbie „zajęcia wspólnego stanowiska”). Wręcz przeciwnie - ja chcę Pani Renacie podziękować!

Pani Renata z odważną bezkompromisowością odsłania nam prawdy, o których się zapomina, lub które próbuje się zmienić. Dzielna nauczycielka jednocześnie stara się nam oznajmić: ludzi o podobnych poglądach są tysiące, tylko nie mają odwagi publicznie ich wyrazić. I za to chociażby zasługuje na uznanie. Prywatnie jestem jej wdzięczny za to, że utwierdziła mnie w moich przekonaniach i swoją postawą uwiarygodniła tezy mojego tekstu zamieszczonego w niniejszym „Montesie”.

Ażeby uniknąć sytuacji, w której czytelnik zmuszony byłby przerwać lekturę tego felietonu (mam nadzieję, że z żalem), z powodu nieznajomości tematu, streszczę króciutko list, który wywołał tyle zamieszania: Renata (nazwisko znane lub nieznane redakcji) jest nauczycielką mieszkającą w Sosnowcu. Pracę znalazła w Mysłowicach (za miedzą, jak to się mówi, w tym przypadku za rzeką). Chciała się odpowiednio przyłożyć do roboty, ale nie było do czego. Element zasiadł w ławkach (czy raczej - przy stolikach) straszny: język i słownictwo ohydne (tu cytuję: „same słowa na „k” i „h”...” - tu Renata mimowolnie zdradza informację, że nie jest polonistką, a jeśli tak, to nie najlepszą z ortografii), takoż wygląd i zachowanie. Ponieważ jest pedagogiem, w mig zorientowała się, że młodzież pochodzi z rodzin biednych i pozbawionych źródeł utrzymania. Doszła jednak do wniosku i stwierdziła to w swym liście, że rażące braki w wychowaniu biorą się z tego, że wychowanie to było tradycyjnie śląskie. W Zagłębiu szkoły także są w biedniejszych dzielnicach, ale kudy im do takiego chamstwa! Podobne spostrzeżenia poczyniły i inne jej koleżanki mieszkające w Zagłębiu i uczące na Górnym Śląsku - dlatego pisze. List zresztą nosi tytuł nie pozostawiający złudzeń co do intencji autorki: „Zdemoralizowany Śląsk i jego dzieci”.

Renata daje świadectwo istnieniu kilku podstawowych prawd (nazwijmy je może mniej kategorycznie - zjawiskami): Pierwsza (socjologiczna) - należy zdawać sobie sprawę z różnic dzielących Górnoślązaków i Zagłębiaków. Różnice te biorą się z przyczyn niezależnych od nas (piszę o tym obok) i nie zniweluje ich wspólne województwo, interesy i jednakowo trudna sytuacja gospodarcza. Prawda ta nigdy nie powinna i teraz i w przeszłości umykać z uwagi odpowiedzialnym za politykę kadrową. Uniknęłoby się wtedy wielu koszmarnych błędów okupionych śmiercią i cierpieniem wielu Ślązaków (za czasów Aleksandra Zawadzkiego), lub sprowadzeniem rodzimej ludności do roli służebnej (w okresie panowania Zdzisława Grudnia). Instytucje kościelne mianując swych duszpasterzy mają to na względzie od tysiąca lat i można być przekonanym, że czynią to z bardzo ważnych przyczyn, przekonane o pożytkach z tego płynących.

Druga (ekonomiczna) - Renata potwierdza fakt, że bardzo wielu mieszkańców Zagłębia bez trudu znajduje pracę na Górnym Śląsku. Wiadomo (i znajduje to swój wyraz w wielu listach związanych ze sprawą), że sytuacje odwrotne zdarzają się rzadko. Co prawda czasy, gdy Ślązak na kierowniczym stanowisku trafiał się rzadziej niż okoń w Brynicy, a matki, chcące zapewnić dzieciom karierę, jechały rodzić do Sosnowca, Będzina lub Dąbrowy Górniczej (nie chodziło o wysoki poziom sztuki medycznej, lecz o wpis do dowodu), minęły, to jednak jeśli chodzi o stanowiska i funkcje przydzielane w Warszawie, rzecz ma się zastanawiająco podobnie. Na osobną uwagę zasługuje sprawa obsady stanowisk militarnych i paramilitarnych. Ilu Ślązaków jest dowódcami garnizonów, jednostek wojskowych, szefami policji i straży pożarnej? Może gdzieś trafi się taki ewenement, w każdym bądź razie w naszym powiecie i w przyległych nie ma takiego przypadku. O czym to dowodnie świadczy? Bo przecież najbardziej cyniczny z decydentów nie powie, że Ślązacy nie zdobywają szlifów oficerskich w armii, straży pożarnej, czy w policji!

Zresztą nie chodzi w tej kwestii tylko o Zagłębie, czy ludzi z warszawskiej centrali. Od dawna już gromy na Ślązaków padają ze strony przedstawicieli „siłą zagarniętych województw” - bielskiego i częstochowskiego.

Po trzecie - jeśli chcemy dalej wierzyć, że szkoła spełnia w znacznej części funkcję wychowawczą, to należy skończyć z serialem o żenującym poziomie pod tytułem: „reforma edukacji”. Matczyny uśmiech minister Łybackiej (od ros. „ułybka” - uśmiech) nie złagodzi trwożnych obaw, jakie wywołuje jej nowy projekt reform. Wszyscy specjaliści zgodnie wskazują na dwa, najważniejsze jego aspekty: dalsza, posunięta już do granic absurdu centralizacja systemu szkolnictwa i pozbawienie władz samorządowych wpływu na funkcjonowanie szkół. Starosta i burmistrz bez zgody kuratorium nie będzie mógł na przykład zatrudniać (lub zwalniać) dyrektorów szkół. Ma im natomiast płacić i dbać o kierowaną przez nich placówkę. Czy możecie sobie Państwo wyobrazić sytuację, w której w naszych szkołach rządzić i uczyć będą ludzie zatwierdzani przez tak zwaną „górę”? A może jednak mam zbyt mroczną wyobraźnię?

Rola wychowawcza szkoły wzmocniona być może przez jedno proste, lecz konsekwentnie realizowane działanie: poprzez zwiększenie atrakcyjności zawodu nauczyciela, a tym samym przyciągnięcie do szkół mężczyzn! Drogie feministki! Załóżmy, że nie chodzi mi w tym przypadku o ich poziom przygotowania do zawodu, który w waszym przypadku oczywiście jest wyższy. Chodzi mi o przyziemną kwestię sprawności fizycznej. Jakiż efekt wychowawczy wywiera na ucznia szkoła opanowana przez dealerów narkotykowych, bandy wyłudzające od słabszych pieniądze, w której nauczycielki są zastraszane i „karcone”, a w której jedynym mężczyzną jest wuefista - przeważnie zresztą dyrektor? Gdzie młody chłopak ma szukać wzorców i wyglądać autorytetów? Jedynie wśród nauczycieli, którzy wyszli z tych samych środowisk i kilka lub kilkanaście lat wcześniej przeżywali podobne rozterki. Jedyną szansą na to, by stracili swą -porażającą psychikę- moc szefowie przestępczego podziemia, rekiny biznesu i władcy szklanej menażerii, jest szkoła, w której istnieje możliwość odnalezienia autorytetu, człowieka, który mógłby wskazać młodym drogi wyjścia, sposoby samorealizacji.

Z pewnością także grono pedagogiczne, w którym przeważać będą mężczyźni, da sobie radę z przypadkami chamstwa, przemocy i rynsztokowego słownictwa. Myślę, że przyznają mi Państwo rację, że masculinizacja zawodu nauczycielskiego zmienić może dużo. Kwestie: czy dyrektora powoływać ma kurator, czy prezydent; czy maturę będziemy zdawać w starym systemie, czy w nowym; czy do historii oficjalnie zatwierdzonych zostanie dwadzieścia podręczników, czy piętnaście; nie zmienią niczego mimo najlepszych chęci i najpiękniejszych uśmiechów ministrów edukacji.

Jan Hahn

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa