Zamki i pałace

O nich zapomnieć nie można Herbarz tarnogórski

Montes Nr 10

N U M E R  11   -   2 0   K W I E T N I A   2 0 0 3 r.

 Montes Nr 12

 

Na profesorskim biurku
200 lat temu
Trzeci Ratusz
Zmienne losy Karłuszowca
Wielkanocne zwyczaje
Góra Grojec
Fryderyk Wilhelm hrabia von Reden
Car z wizytą
Ksiądz Franciszek Jastrzębski
Szkolni Inspektorzy cz.II
Biskup Nanker
Stary zamek w Tworogu
Wysiedlenia tarnogórzan
Czerwony krzyż
Śladami Kalidego
Loża Wolnomularzy -       Dom Ludowy
Bractwo Strzeleckie
Rys historyczny  wodociągów cz.X
Michał Dragan - tarnogórski karykaturzysta
Renata a sprawa Śląska
Burmistrzowie Tarnowskich Gór
Kolejarze tarnogórskiej kulturze cz.IV
To tylko legenda
Król August w Tarnowskich Górach
Winiarnia Sedlaczek
O śląskiej wspólnocie
Chrząszczewscy i Koschützki
 

LISTY DO REDAKCJI

Wysiedlenia tarnogórzan

Po opublikowaniu w ostatnim Montesie tekstu „Wysiedlenia tarnogórzan”, otrzymaliśmy od osób których dotknęła ta tragedia, dwa listy. Jeden od mieszkanki Lasowic, która opisuje wysiedlenie swojej rodziny, drugi od pana Konrada Olesch, który obecnie przebywa w Gelsenkirchen w Niemczech. Zachowany został oryginalny styl i pisownia listów

Wysiedleni z ojczyzny do Vaterlandu

Nasza Matka, Olesch Helena ur. Fitschulke, umarła w lutym 1944 roku w Chorzowie, a ojciec zginął w styczniu 1945 roku, gdzie go na gwałt do ich Wunderwaffe / Volksszturmu zaciągnęli.

Mieszkaliśmy w ten czas jeszcze w Chorzowie, gdzie nas na chama wyrzucono.

Opiekę nad nami w wieku 12, 11, 8, 4, i 2,5 lat objęła babcia i jej córka, tj. siostra mojej zmarłej matki, bo zostaliśmy sierotami.

Moja Babcia mieszkała już od urodzenia się w roku 1883 w Tarnowskich Górach przy ul. Ratuszowej 7. gdzie właścicielem domu był Pan Staniczek, gdzie go potem też wywłaszczyli, i jego miejsce objął Obywatel Zawadzki, ale to już jest inna historia, gdzie Polak Polakowi był wrogiem.


Wysiedleni z Wrocławia. 1945rok.

Więc jej nie pozostało nic innego jak tylko wracać z nami do Tarn. Gór.

Ale ta idylla nie długo trwała bo tylko kilka tygodni.

Babcia dostała rozkaz na piśmie że w ciągu 24 godzin musi mieszkanie opuścić i się w lagrze w Lasowicach zameldować, gdzie zostaniemy potem do Vaterlandu wywiezieni.

Najpierw Babcia myślała że to jest głupi żart, i to pismo wrzuciła do węglarki. Ale po paru dniach przyjechała ciężarówka z ludźmi z czerwonymi opaskami na ramieniu, gdzie jedna kobieta była ich przywódcą.

W tym czasie byliśmy sami w domu, bo ci dorośli byli na targu coś jadalnego uhandlować, a my w pięć głodni zostali w domu.

Dwóch mężczyzn i ta kobieta wkroczyli do mieszkania, a że my sami w domu byli, zapytała się mnie, gdzie są rodzice.

Nasze rodzice już nie żyją, odpowiedziałem.

Ale ona w ogóle nie reagowała na moją odpowiedź, tylko powiedziała do tych pomocników: "te firanki już tutaj nie będą potrzebne, bo one są poniemieckie”, a ci je zaraz zerwali. Potem się mnie zapytała gdzie mamy schowaną pościel, ale skąd ja miałem wiedzieć, gdzie babcia pościel miała.

Ale na szczęście wróciła babcia z zaświadczeniem, że nam pozwolono jeszcze trzy dni w mieszkaniu pozostać, by osobiste sprawy uregulować, a potem się w lasowickim lagrze zameldować.
Ale babcia lekceważyła to zaświadczenie z myślą, że ten urzędnik to też tak myślał.

Ale ta milicja nas nie zapomniała i po pięciu dniach nas jak przestępców pod bronią, do ciężarówki załadowali i zawieźli do Lasowic.

Zabrać zezwolono nam tylko bagaż do 10 kg na osobę. W tym lagrze gdzie przedtym jeńcy wojenni byli, byli teraz przeważnie kobiety z dziećmi.

Będąc w lagrze musieliśmy się zgłosić do komendanta i jego sekretarza, gdzie nas na listę podróży wciągnięto. Potem się zapytał, gdzie my chcemy jechać, ten niby sekretarz, i ciocia odpowiedziała, że do Tarnowskich Gór.

A ten komendant nie namyślając się długo zdzielił ja pięścią w twarz i to tak, że przez kilka dni latała z siniakiem pod okiem.

Potem przyszedł czas że nas załadowano do węglarek, a ku naszymu nieszczęściu jeszcze zaczął padać deszcz, to sobie można wyobrazić jak żeśmy wyglądali, mokrzy, brudni i śmierdzieli z daleka. Ale to ich nie obchodziło.

A ci wartownicy byli nawet tacy usłużni, że nam pozwolono wybrać sobie węglarkę I-wszej klasy, z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Potem pociąg ruszył, jak nam mówione, do Vaterlandu.

Ci wartownicy nas traktowali jak ciężkich przestępców. Jak pociąg się zatrzymał na jakieś stacji, to nie pozwolono nikomu wagonu opuścić.

A jak proszono o wodę do picia, to nam mówiono, że wodę mamy z nieba, bo lało jak z cebra. Do końca życia nie zapomnę tej jazdy.
Za Brzegiem pociąg stał prawie dwa dni i to tak wyglądało że o nas zapomnieli. Ale jak ktoś swój wagon opuścił to zaraz padły salwy karabinowe i padł martwy na ziemię.

Były nawet wypadki że ci strażnicy sobie dla uciechy dziewczyny wyszukiwali i po zgwałceniu ich też zastrzelili, bo świadkowie zbrodni nie byli potrzebni.

Nasze potrzeby załatwialiśmy na stojąco w dziurach wagonu, jak jakieś dziury były. To były straszne chwile na tych postojach tegoż pociągu, bo ci wartownicy byli dziabły w ludzkiej skórze, którzy nie znali łaski ani współczucia.

I tak dojechaliśmy aż do Wrocławia. Tutaj ten pociąg Rosjanie zatrzymali bo potrzebowali te węglarki i nam kazano wysiadać.

Ci wartownicy usłużnie tych przesiedleńców kolbami poganiali z tych wagonów i to tak, że nie jeden martwy na ziemię padł.

Potem przyszedł ten rosyjski oficer i kazał nam przed takim pozostałem murem się w półkole ustawić, a było nas chyba ze 250 osób, ale tak dokładnie tego już nie wiem. Potem ku naszymu zdziwieniu zostali ci wartownicy pod tym murem ustawieni i przed naszymi oczyma rozstrzelani. Babcia nas już zaczęła żegnać mówiąc, że teraz jest nasza kolej.

Ale nic się nie stało.

Tylko ten rosyjski oficer nam powiedział że oni nie walczą z dziećmi i kobietami i my mamy z powrotem pójść do domu. Ale najpierw nas dzieci nakarmiono, zaś ci dorośli nie dostali nic.

Po dwóch tygodniach pieszego marszu znowu wylądowaliśmy w Tarn.Górach.

Mieszkanie na Ratuszowej nie było jeszcze zamieszkałe przez obcych ludzi, jak w Chorzowie, ale za to wyrabowane doszczętnie.

Ale długo nie zagrzaliśmy na Ratuszowej bo nas znowu odwieziono do lasowickiego lagru. Tutaj Babcia miała podpisać, że przyjmuje polskie obywatelstwo, i możemy pójść do domu, czego nie zrobiła. Babcia nigdzie nie szła sama, tylko wszędzie nas zabierała ze sobą to też ich komendant na nas mówił, wy małe Frice.

Najpierw ją przekonywano, a potem ją bito, zaś nas dzieci jak śmieci wyrzucono za drzwi. A ten komendant nam powiedział, że jak tylko wspomnimy salowym, co ci rosjanie z tymi wartownikami zrobili, to to samo one z nami zrobią.

W tych barakach panował smród, głód i ubóstwo. Ale ci wartownicy się z nami już po ludzku obchodzili.

I znowu formowano pociąg, w co my nie chcieli wierzyć, ale tym razem z wagonów towarowych tzw bydloków, i to z luksusowym wyposażeniem, wyścielone ze słomą. Tym razem było tylko 20 osób w jednym wagonie i można się było nawet położyć.

Wyżywienie dostaliśmy na drogę, jak te dwa chleby dla siedem osób można było wyżywieniem nazwać. Ale nam dano do wiadomości, że po drodze nas będą z prowiantem zaopatrywać, ale to była tylko gadka do władka.

Przed Zgorzelcem pociąg stanął na bocznym torze, i nam powiedziano że czekają na samochody z prowiantem. Kto w to uwierzył był sobie sam winien że musiał głodować. Ciocia zabrała nas dwóch starszych i my poszli w okolice trochę za coś jadalnym szukać. I tak na polach nazbieraliśmy pełen worek kartofli. W zburzonej piekarni znaleźliśmy trochę rozsypanej mąki, i pudełko z anyżem.

Ale tych samochodów, z niby tym prowiantem, nie było widać, jak również ci konwojenci, bo teraz się już nie nazywali strażnicy, też zniknęli bez śladu, jak tylko pociąg ruszył.

I tak dojechaliśmy aż do Drezna.

Tutaj ten transport został rozwiązany i my byliśmy niby wolni ludzie.
Zima się już zameldowała i my szukaliśmy schronienia w tych gruzach i szukaliśmy w ich zakamarkach za ciepłym i coś jadalnym.
Ale w tych gruzach byli też miejscowi co im się wcale nie podobała nasza obecność, i nas formalnie wyganiano.

Jeszcze inni szukali w tych gruzach za swoim straconym dobytkiem i my im też pomagali szukać Bóg wie czego, ale i tym ludziom się to nie podobało, i nam kazano pójść tam skąd żeśmy przyszli.

To też babcia zadecydowała wrócić tam skąd nas wywieziono.

Ci wojskowi na granicznym moście w Zgorzelcu nam powiedzieli, że my idziemy w złym kierunku, bo Vaterland jest po lewej stronie Nysy, i nas nie przepuścili z powrotem do ojczyzny.

I tak przezimowaliśmy u jednego Bauera przed Zgorzelcem, a z powrotem do Tarnowskich Gór wróciliśmy pociągiem towarowym którego kierownikiem był znany kolejarz i przyjaciel rodziny, ukryci w wagonie pocztowym.

Ale to już jest inna historia, bogata w przeżycia u tego Bauera i obserwacji rosyjskich żołnierzy. A że Babcia już nie chciała być po raz trzeci wysiedlona to podpisała to polskie obywatelstwo, a my dzieci stali się automatycznie autochtony i szybko się zadomowili z tą polską mową.

Konrad Olesch

We wschodniej części Górnego Śląska należącego w latach 1922-1939 do II Rzeczypospolitej - zatem i w Tarnowskich Górach - 95% mieszkańców musiało przyjąć Niemiecką Listę Narodowościową (Volkslistę, DVL). W 1945r. wszystkich tych Ślązaków uznawano powszechnie za zdrajców narodu polskiego. Przeniesiono w ten sposób na obszar Śląska schemat „Volksdeutscha” z Generalnej Guberni, gdzie na Listę wpisywano się dobrowolnie. Dopiero po licznych protestach władze polskie zezwoliły członkom III i IV grupy Volkslisty na pozostanie w kraju, pod warunkiem złożenia haniebnej Deklaracji wierności narodowi i państwu polskiemu. Uczestników grupy I i II, wraz z tzw. „Reichsdeutschami”, nakazano wysiedlić. Zanim to jednak nastąpiło, wszystkich Ślązaków poddano wielu restrykcjom i wykorzystano do przymusowej pracy.

Niezwykle skomplikowane jest ustalenie dokładnej liczby mieszkańców powiatu tarnogórskiego dotkniętych represjami. Wiadomo wszakże, iż w 1943r. żyło ich na obszarze ówczesnego powiatu 106 317 osób (I grupa - 12 197, II - 19 299, III - 69 336, IV - 5 485).

W maju 1945r. wszystkich tarnogórzan podzielono na dwie części. W skład pierwszej wchodzili tzw. „Reichsdeutsche” oraz należący do I i II grupy Niemieckiej Listy Narodowościowej. Zostali oni umieszczeni w obozie w Lasowicach. Wykorzystywano ich też do rozmaitych prac, za co - przynajmniej teoretycznie - otrzymywać mieli wyżywienie. Pozostała ludność, tj. Ślązacy III i IV grupy DVL, mieszkała na wolności. Jednak również na nich nałożono obowiązek uczestnictwa w robotach przymusowych, których wynagrodzenie miały stanowić kartki żywnościowe. Nie wypłacano im natomiast pieniędzy, uniemożliwiając w ten sposób faktycznie zakup pożywienia.

Wczesne akcje wysiedleńcze wykonywane przez władzę ludową cechowały chaos i samowola. Usuwano często ludzi spełniających warunki do pozostania, ponieważ wysiedlenie stawało się łatwą metodą zdobycia majątku lub wyrównania dawnych zatargów. Brakowało nadto koordynacji pomiędzy ośrodkami wykonawczymi. Przykładowo, pierwszy transport tarnogórzan powrócił prawie w całości do miasta, gdyż nie został przyjęty przez władze cywilne Zgorzelca. Podobnie było w drugiej połowie sierpnia 1945r. z usuniętymi z Tarnowskich Gór 1222 osobami. Pomimo jaskrawych nadużyć wysiedleń nie zaprzestano.

Kamil Łysik

Wysiedlenia w Lasowicach

Z satysfakcją przeczytałam artykuł pt. „Wysiedlenia tarnogórzan” (Montes Tarnovicensis nr 10 z 6 września 2002r.) i mam nadzieję, że wreszcie po pół wieku prawda o krzywdach wyrządzonych tarnogórzanom ujrzy światło dzienne a chodzi o krzywdę wyrządzoną rodowitym Ślązakom przez Polaków. Ponieważ nie wszystkie stwierdzenia według mojego rozeznania są prawdziwe, przeto przebieg wysiedleń dotyczących ludności ze wsi Lasowice, przedstawię na przykładzie mojej rodziny.

Pochodzę z rodziny rodowitych Ślązaków, a za tym jesteśmy pochodzenia niemieckiego, rodzice posiadali volkslistę II.

W 1945r. zostaliśmy wyrzuceni na ulicę z naszego gospodarstwa rolnego.

Już w kwietniu 1945r. przychodzili do nas tajniacy z Urzędu Bezpieczeństwa.

Prawie nic nie mówiąc chodzili po mieszkaniu jak by byli u siebie w domu, nie przeprowadzali rewizji, ale za każdym razem coś im się spodobało i to zabierali. Raz zabrali marmurowy krzyż i świeczniki zakupione przed wojną na odpuście w Piekarach Śląskich.

15 maja 1945r. były pierwsze wysiedlenia. Nas nie wysiedlili bo rodzice posiadali zaświadczenie z Sądu Grodzkiego w Tarnowskich Górach o złożeniu wniosku o rehabilitację. Wtedy bardzo dużo ludzi z naszej wsi wysiedlono. Za drugim i trzecim razem też nas nie wysiedlono. Zaświadczenie z sądu było honorowane. Komisja, która wysiedlała to był pan S. i dwóch lub trzech młodych mężczyzn pod karabinami i z opaskami na ramieniu. W Lasowicach osiedliły się rodziny U., ojca i syna.

U. - ojciec, zaraz upatrzył sobie nasze gospodarstwo, prawie dziennie przechodził koło nas, aż raz wstąpił i zapytał mojego ojca „ kiedy pana wysiedlimy?”, ojciec odpowiedział „już na to czekacie?”. Po paru dniach przyszedł nas wysiedlić oczywiście U.- ojciec i dwóch młodzieńców pod karabinami. Nie pozwolił nam nic zabrać, nawet jednej pierzyny. Gospodarstwo nasze upatrzył sobie dla swojego krajana, repatrianta S. z rodziną, który już się osiedlił w Dąbrówce Małej ale tam mu się nie podobało, ze względu, jak mówił, na dużą odległość od miasta. Po wyrzuceniu nas z domu, siedzieliśmy do wieczora pod płotem a potem poszliśmy do krewnych. Wysiedlono nas w połowie czerwca. Zaświadczenia nam nie dano. Po 2-3 tygodniach, znowu U.-ojciec z dwoma młodzieńcami przyszedł po nas, zabrać nas do obozu. Zaprowadzili nas do sali restauracyjnej pana Badury. Było już tam kilka rodzin z okolicznych wsi. Wszystkich skontrolowano, przeprowadzając nawet kontrolę osobistą, wiadomo w jakim celu. Wspomnę tylko, że rodzicom zabrano nawet obrączki ślubne a ojcu kapelusz. Nad ranem około godziny trzeciej zaprowadzono nas do obozu w Lasowicach. Po drodze, eskortujący nas, strzelali, nie wiem, czy na postrach, czy z radości, że się znowu obłowili. Z obozu zostaliśmy zwolnieni 26 lipca 1945r. Zaświadczenie zwalniające nas i zezwalające na pobyt w Lasowicach podpisała 4-osobowa komisja i starosta Łukowski. Byliśmy bez mieszkania, rodzice bez pracy i bez grosza, już się nami nikt nie interesował, bo nie było co grabić.

Nadmieniam, że rodzice zostali zrehabilitowani i otrzymali obywatelstwo polskie 18 września 1947r. Ich synowie a moi bracia zostali powołani do wojska i służbę tę odbyli w latach 1950-1956, jednak zagrabionego mienia dotąd nie otrzymaliśmy. I tak jest w przypadku wszystkich wysiedlonych rodzin z Lasowic.

(Nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

 

 

 

Montes Tarnovicensis

Strona Główna ] Montes Nr 1 ] Montes Nr 2 ] Montes Nr 3 ] Montes Nr 4 ] Montes Wyd.Spec. ] Montes Nr 5 ] Montes Nr 6 ] Montes Nr 7 ] Montes Nr 8 ] Montes Nr 9 ] Montes Nr 10 ] Montes Nr 11 ] Montes Nr 12 ] Montes Nr 13 ] Montes Nr 14 ] Montes Nr 15 ] Montes Nr 16 ] Montes Nr 17 ] Montes Nr 18 ] Montes Nr 19 ] Montes Nr 20 ] Montes Nr 21 ] Montes Nr 22 ] Montes Nr 23 ] Montes Nr 24 ] Montes Nr 25 ] Montes Nr 26 ] Montes Nr 27 ] Montes Nr 28 ] Montes Nr 29 ] Montes Nr 30 ]

Pismo dotyczące historii Tarnowskich Gór, Ziemi Tarnogórskiej i Śląska
Wydawca: Oficyna Monos, 42-600 Tarnowskie Góry, ul. Szpaków 5, tel./fax (032) 384-14-31
e-mail: krzysztof.kudlek@neostrada.pl
Redaktor naczelny: Krzysztof Kudlek

Zapraszamy do współpracy w redagowaniu gazety wszystkich, którym popularyzowanie historii jest szczególnie bliskie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przetwarzanie, kopiowanie i wykorzystywanie tekstów bez zgody wydawcy zabronione
 Copyright © 2004 GM / Projekt i realizacja GM 2004

 

Darmowy licznik odwiedzin

teksty piosenek księgarnia internetowa